To nie jest porywająca proza. Nie powala stylem i bywa, że ma czytankową narrację. A jednak książek Ballarda mam na półce osiem. Frapują bezpretensjonalnością scenariuszy przyszłości, komiksowo kreślonych, które majaczą w sugestiach, intuicjach, przeczuciach. Są na wyciągnięcie ręki. Jak gazeta, jak telewizyjne reportaże. Są tak blisko, że kuszą pytaniem: a jeśli zaraz to wszystko trafi szlag, co się wydarzy potem?

Ballardowskie wizje żywią się atawizmem i plemiennością. One wyrywają się na wolność i zmuszają sytego mieszczucha do konfrontacji z galopującą dystopią. Z tego starcia, rozsadzającego kruchy i iluzoryczny porządek świata, mało kto wychodzi cało. Po tej kraksie nie ma zresztą do czego wracać.
Wyobraźmy sobie miasto nagle – i na długo – pozbawione prądu. Czy centra handlowe nie zamieniłyby się w pole walki samozwańczych klanów, a dobrze znana przestrzeń w dżunglę? Czy stacje tv, które zwykły na chłodno, z wrodzonym profesjonalizmem, relacjonować dramaty i katastrofy, i ten scenariuszy nie zamieniłyby w dochodowe widowisko?

***

Ballard wywarł znaczący wpływ na poszukujących muzyków. I jest to źródłem paradoksu, bowiem, gdyby nie fascynacja Thoma Yorka neurotycznymi ballardowskimi motywami, pewnie w Polsce byłby on kojarzony głównie z „Imperium Słońca”.

The Klaxons sięgnęli po “Myths of the Near Future” i nazwało tak swój płytowy debiut. O okołoliterackich aspektach pisze wyczerpująco Marcin Świerczek w Niedoczytaniach. Polecam.

Jestem świeżo po lekturze „Witaj, Ameryko” („Hello America). Kieszonkową książeczkę przerobiłem w mig, nim rozpadła się w dłoniach.
Tytułowa Ameryka też się rozpadła: dobita globalnym kryzysem, który my – szczęściarze – ledwie liznęliśmy z ekranów tv. Leitmotivem powieści jest naukowa wyprawa mająca eksplorować zniszczony kontynent. A zaludniają go: Charles Manson, wszyscy historyczni prezydenci razem wzięci, Meksykanie uzbrojeni po zęby. Nie brakuje lewitującej Marilyn Monroe i Johna Wayne’a w kowbojskim kapeluszu, na dokładkę. Na stronicach roi się od amerykańskich ikon, kinowych i korporacyjnych symboli, lecz wariacko potraktowanych przez Ballarda; wszystko więc wydaje zarazem i realne, i groteskowe. Nie zdradzą niczego więcej, aby nie pozbawić przyjemności z lektury.

Teraz szukam kieszonkowego wydania „Kokainowych nocy”. Mogłem kupić z drugiej ręki, za jedyny 6 złotych.