Wrocławianie żyją odwróceni do rzeki plecami. Precyzyjniej, dupą. Nie problem w tym, że ciemna i mętna toń Odry odpycha. Choć brakuje tylko wielkogabarytowych śmieci, żeby upodobniła się do rynsztoku.
Chlubą miasta są mosty; około 100. Jednakże są one dowodem smykałki i gospodarności dawnych Breslaurów, bo my mostów we Wrocławiu raczej nie budujemy. Nie potrafimy też usypać na brzegach choćby jednej piaszczystej plaży, ani stworzyć bulwarów z knajpkami, kilku przystani dla łódek. Wodnych tramwajów też nie ma, bo niby się nie opłaca.

Nie przeszkadzają nam zasypane śmieciami brzegi. Przywykliśmy. Gdyby było inaczej, włodarze miasta czuliby się zmuszeni wyjść poza poparte wątłymi konkretami deklaracje, że coś w tej materii zmienią.

Chyba wszystkim brakuje przekonania i wigoru i nie ma co liczyć na przełom. Jeśli donkiszoterią pachną próby koordynowania remontów dróg i sukcesywnego łatanie dziur, to wymagające większej kreatywności pomysły wykorzystania walorów rzeki, stają się wyzwaniem na miarę podróży w kosmos.

Narzekam, bo mamy pod nosem Amsterdam, Paryż, Berlin. Widać, że można inaczej.

W „New York Timesie” artykuł o utopijnym w naszych realiach survivalowym projekcie artystów i ekologów, którzy zbudowali pływającą, samowystarczalną platformę, zakotwiczyli na rzece Hudson .

Do budowy „Waterpod’a” wykorzystali rzeczną barkę i pozyskane z odzysku: drewno, metal, plastik i płótno. Docelowo prąd mają zapewnić baterie słoneczne oraz wiatrowe turbiny. Zaś pożywienie uprawiany na barce ogród.
„Waterpod” nawiązuje do idei i praktyki nowego nomadyzmu, zasadniczo inspirowanego ekologicznym aktywizmem.
Budowniczowie nie wykluczają, że w przyszłości powstanie z takich jak ich pływające gospodarstwo cały ich archipelag.