Cóż to za historia, która tak zawróciła krytykom filmowym w głowach? Wiemy, że traktuje o „obcych” żyjących w slumsach: prześladowanych przez lokalną ludność i nękanych przez policję oraz wojsko. Wiemy, że „obcy” 28 lat temu przybyli z kosmosu. Ich gigantyczne statki wiszą nad Johannesburgiem. To wszystko połączone w całość przypomina paradokument kręcony „z ręki”, cinéma-vérité.
Jakby żonglerki konwencjami było mało, film atakuje komputerowymi efektami, wobec których wychowana na komiksach wyobraźnia pozostaje bezbronna. O „District 9” mało kto powie „knot”, częściej „majstersztyk s-f”.

Nawiązania do historii i realiów RPA mocno rzucają się w oczy; któryś z krytyków nazwał „District 9” alien apartheid satire.
Reżyser Neill Blomkamp otwarcie odnosi się do rasizmu i ksenofobii. Jest ich świadom; wychował się w RPA. Widział policyjne helikoptery krążące nad slumsami, gdy zrewoltowana czarna biedota wyrzucała z nich nielegalnych imigrantów z Zimbabwe i Nigerii. Podobne obrazy – chaotycznie i nerwowe niczym zdjęcia z pola walki – oglądamy w „District 9”.

O Neillu Blomkampie niewiele można powiedzieć, po za tym, że udziela się w grupie Spyfilms. Producencką pieczą nad „District 9” sprawował Peter Jackson (znany powszechnie twórca „Władcy Pierścieni”).

Nie dlatego „District 9” w kilka dni (premiera: 15 sierpnia) narobił fermentu większego niż niejeden amerykański blockbuster. To dziwne, bo przez plan filmowy nie przewinął się żaden gwiazdor, całość zaś kosztowała 30 mln dolarów.

Krytycy,zadziwiająco zgodni, zapowiadają, że „District 9” powalczy o oskarowe nominacje. Pożyjemy, zobaczymy. Zdaje się na opinie recenzentów, którzy film entuzjastycznie wychwalają.

Nim skonfrontuję ochy i achy z faktami (polska premiera w październiku) raz jeszcze obejrzę nakręcony 4 lata temu przez Neilla Blomkampa „Alive in Joberg”. To mix fikcyjnych reporterskich relacji, bez którego nie byłoby „District 9”. Zaskakujące, że nikt na to wcześniej nie wpadł. Zaskakujące, jak s-f blisko do autentyzmu telewizyjnego newsa. I vice versa.