Malkontenctwo mamy we krwi. Sprawni w narzekaniu, profesjonalni w epatowaniu pretensjami do całego świata, przypominamy mu co rusz o swoich kompleksach. Jest w tym coś z neurotyzmu.

Właśnie nadarzyła się kolejna sposobność. Na parę dni przed 70. rocznicą wybuchu II Wojny Światowej podniosło się powszechne larum, że USA ma nas w nosie. Biały Dom nie pośle w 70 rocznicę wybuchu II Wojny Światowej na Westerplatte żadnej znaczącej waszyngtońskiej persony, lecz niższych szarżą dyplomatów.

Nieobecność Hilary Clinton albo wiceprezydenta Joe Bidena jest wyraźnym sygnałem. To więcej niż symboliczny gest, więc należy się do tego odnieść i przeanalizować. Jaki jest jednak pożytek z histerii?
Na linii USA-Polska panuje constans od paru dekad. Żadnych wstrząsów, żadnych przełomów, a jeśli coś, to tylko podnoszone przez nas głośno oczekiwania względem Waszyngtonu. Z ich strony: dyplomatyczne cicho,sza. Może więc sami naważyliśmy sobie tego piwa?

Skądinąd Baraka Obama ma na głowie poważniejsze wyzwania, niż układanie właściwych relacji z Polską, średnim krajem w środku stabilnej Europy. Wystarczy śledzić światowe media, aby zorientować się w mig, czym żyje Ameryka, czym żyje świat. Nie zamierzam tego tłumaczyć, staram się tylko zrozumieć tło, szukać kontekstu.
Dziwię się więc, że nasi politycy do spółki z mediami na oczach świata mało dyskretnie wylewają żale. Układają głośno litanię: nie chcą nam dać antyrakietowej tarczy, wykorzystali przy sprzedaży F-16, nie znieśli wiz, my bez wahania posłaliśmy naszych chłopaków do Iraku i Afganistanu, a oni nie wspierają nas nawet w sporach z Rosją.

Jeśli takie są fakty, utyskiwanie tych faktów nie zmieni. Nie mogłem się oprzeć i dziennikarza „Rzepy” Marka Magierowskiego – z ducha rejtanowską – skargę cytuje:

Wrzucanie wszystkich ważnych kwestii do jednego worka, z powodu zamieszania wokół rocznicowych obchodów, świadczy tylko o nadmiarze emocji.Rządzą one od prawa do lewa
Po prawdzie, jeśli zakochaliśmy się w USA, to bez wzajemności. Tak jak dla naszych przodków ląd zza Oceanem był obiecanym rajem, tak jest i teraz, tyle że w zafiksowanej z niewiadomego powodu wyobraźni. Czas się obudzić.

Polska ma dla USA znaczenia takie, jakie Waszyngton nam przypisze. A oceniać nas będzie nie po naszym oddaniu, lecz potencjale i geopolitycznym znaczeniu. Co mamy im do zaoferowania poza zbrojnymi hufcami na posyłki?
Może Amerykanie są ignorantami w dziedzinie historii i geografii, ale nie można zarzucić im braku pragmatyzmu i konsekwencji. Inaczej nie byliby mocarstwem. My zaś zwykliśmy mieszać porządek emocji, sentymentów z realną polityką.
Gdzie to nas zaprowadziło, pokazuje mało szczęśliwy kawałek naszej historii. Było trochę przez nas zawinionych dramatów i sromotnych porażek. Lepiej więc emocje trzymajmy na postronku. Polacy nie muszą zawsze być naiwni, nadmiernie uczuciowi, że aż niepoważni.

***

„Cała żenująca dyskusja o szczeblu reprezentacji USA na Westerplatte to wyraz naszych narodowych kompleksów”. Takie zdanie pojawiło się w czwartek przed południem na profilu Sławomira Nowaka na Twitterze.