Donald Tusk zostawił Aleksandra Grada w rządzie, przyznał się do błędu i przeprosił opinię publiczną za zapowiedź odwołania ministra skarbu. (Swoją drogą, czy premier przeprosi za cyrk ze stoczniami?) Mnie bardziej ciekawi, co też wystawiony do odstrzału Grad rzekł premierowi, że ten jego skórę ocalił?

Coś się chyba wydarzyło, bo szef rządu oznajmił, iż dymisja ministra skarbu byłaby niezasłużona. Dlaczego stwierdził, że sprzedaż stoczni okazała się zadaniem ponad siły jakiegokolwiek ministra?
Dobrze wiemy, że sporo rzeczy bywa ponad nasze siły, co bynajmniej – jak pokazuje życiowa praktyka – nie zwalnia z odpowiedzialności. C’est la vie. Nawet w polityce.

Jeśli jednak uznać, że winę za fiasko prywatyzacji spada na Katarczyków, to w jakim stopniu wystrychnęli nas na dudka? Traktując sprzedaż stoczni jako element szerszej biznesowej układanki, warto zapytać, o co toczyła się gra?
To dziwne, że żadna szanująca się gazeta i telewizja nie „prześwietliły” katarskiego funduszu inwestycyjnego. Gdzie w tym całym mętliku były służby specjalne?

Rozsierdzeni stoczniowcy nie katarską placówkę dyplomatyczną, lecz dom premiera pewnie znów będą pikietować albo gorzej, najadą stolicę. Katarczycy, w osobie niedoszłego inwestora z Zatoki Perskiej są za nadto abstrakcyjni, aby się nimi zajmować. To premier i PO są dla stoczniowców i dla opozycji celem. Związkowcy nie przepuszczą takiej okazji. Szykuje się więc gorąca jesień.