Jak to z kryzysem bywa, nie ma nic gorszego, niż przekonanie, że po okresie kłopotów wszystko wróci do tzw. normy. Że pacjent poddany antyrakowej terapii, będzie mógł z ulgą zaciągnąć się papierosem, że walczący z otyłością osobnik, po zaliczeniu drastycznej diety, rzuci się do pałaszowania ulubionych hamburgerów i picia coli. Sens wychodzenia z kryzysu nie kryje się w nadrabianiu zaległości, lecz przestawieniu na inne tory. Tej nauki, dla własnego dobra, nie warto ignorować.

Bynajmniej nie zmartwiły mnie wiadomości, że wrocławski Sky Tower nie będzie najwyższym drapaczem chmur w Polsce. Lubię architekturę, nie cierpię gigantomanii, jeśli ta wypiera funkcjonalność, burzy harmonię w imię ambicji i prestiżu.

Nie poczułem też smutku z powodu inwestycyjnej katastrofy jaką okazał się dubajski archipelag 300 wysepek, szumnie zwanych „światem”; archipelag wiernie odwzorowujący kraje, lądy, kontynenty.

Zamiast atoli z ekskluzywnymi rezydencjami dla bogaczy i celebrytów, mamy łapy piachy pilnowane przez prywatnych ochroniarzy.

Anglia spustynniała, Australia i Nowa Zelandia toną. Inwestor, który zakupił Irlandię popełnił samobójstwo – sucho relacjonuje inwestycyjne fiasko dziennik „The Times”. Jakie plany, taka katastrofa: symboliczna i spektakularna na tysiąc fajerwerków. Finansowy kryzys wystawił ambicje szejków na śmiertelną próbę.

Akurat optymistyczne wieści, że wyjdziemy z kryzysu obronną ręką o tyle napawają mnie obawą, że nie towarzyszy im przestroga, by nie wkładać palca do wrzątku, tym bardziej, że raz to się zrobiło.