Gdy media donoszą o wypadku drogowym, dorzucają zwyczajowo: „policja apeluje do kierowców”. Mowa trawa, manta powtarzana bezradnie – bez wyraźnego efektu. W ten weekend 16 zabitych pieszych – policzyła Gazeta.pl. I co z tego?
Nawet gigantyczny elektroniczny zegar zawieszony nad centralnymi placami wszystkich miast, migający ciągiem cyfr, które informują o rosnącej lawinowo liczbie ofiar, nie przemówi do wyobraźni. Racja, przecież bardziej boimy się świńskiej grypy.

Podobno na w całym świecie w motoryzacyjnych wypadkach zginęło więcej ludzi niż podczas ostatnich wojen. Czy da się to wyobrazić? Mam wątpliwości, jak bardzo w tym przypadku mają znaczenie nasza wyobraźnia i rozsądek. Jak indywidualne nastawienie – sumując się w nikły społeczny margines – ma się do krwawego żniwa, które zbiera motoryzacyjna mania zniewalająca masy.

Może płacimy oczywisty haracz za – powszechną fiksację na punkcie szybkości, dostępności, bycia na czas oraz – nie sposób zapomnieć – luksusu? Dorzućmy do tego przekazywane od kołyski zamiłowanie do samochodów.

Każdy widział twarz malucha wpatrujące się po raz pierwszy, na poły świadomie, w wielkie, hałaśliwe i lśniące maszyny. Fascynuje zawsze to, co niepojęte, co nas przerasta i bywa zagrożeniem.