Dorzucam swoje 12 groszy do relacji z debaty „Artyści vs. Ściągacze…”, którą Mirosław Filiciak zamieścił na Kulturze 2.0 .

Nie piszę ze współczucia dla artystów, którzy padają ofiarą piratów, choć takowe współczucie i zrozumienie dla nich mam. Piszę, bo nie udziela mi się królujący w mediach klimat antypirackiej krucjaty. Budzi we mnie opór stosowanie dużego moralnego kwantyfikatora: do jednego worka wrzucamy ściągających na własny użytek i tych którzy kopiują, żeby ściągnięte treści sprzedawać. Trudno kibicować komuś, kto apelując: nie sięgajcie po znalezione w necie – chce zakazać, napiętnować, wsadzić do więzienia, wyplenić raz na zawsze i zadekretować święty spokój.

Trzymajmy się faktów. Internauci korzystają z sieci różnie: mądrze, głupio, do celów słusznych, eksperymentując albo kradnąc. Ale czy jest złodziejem ten, kto „ściągnął”, a potem kupił w sklepie? Czy te czyny traktować oddzielnie, a może układają się one w sensowną, wymagającą uwzględnienia, całość?

Że piracki proceder – patrząc zdroworozsądkowo – jest złodziejskiej proweniencji i że domaga się reakcji nie ulega wątpliwość. Prostota tej diagnozy nie oznacza, że najlepszym antidotum jest metoda cepa.

Ta walka pachnie donkiszoterią, jest mało romantyczna. Nie może prowadzić do zanegowania gigantycznej cyfrowej rewolucja, która – a jakże – także „złodziei” powołuje do życia. To rewolucja równie potężna jak industrialna, która przeorała dziewiętnastowieczny krajobraz, nad dachy sielskich domów wynosząc fabryczne kominy.

Podobnie jak za czasów Gutenberga, potem stulecia pary i stali, i teraz – w dobie cyfrowej rewolucji – wiele regulacji prawnych przestaje mieć rację bytu. Martwe, nie przystają do realiów. Co można zatem zrobić rozsądnego? Ucierać w legislacyjnym trudzie (uwzględniając konflikt interesów) przepisy, bardziej adekwatne do wymagań nowych czasów.

Czasem mam wrażenie, że artyści domagający się przykładnego karania za ściąganie muzyki są – jak nie przymierzając- działkowcy, który mieliby apelować o wprowadzenie w całym kraju godziny policyjnej, bo ktoś kradnie im jabłka.

Zachowajmy trzeźwość umysłu. Czy w związku z tym, że internet w swojej istocie służy do „wymiany” mamy wszyscy czuć się jak potencjalni przestępcy? Co Kazik sądzi o pomyśle reglamentowania dostępu do internetu jak ma to się np. z bronią palną? Wówczas miałby święty spokój, nikt nie okradałby go z ciężko zarobionych pieniędzy.

Swoją drogą, artyści żyją nie tylko ze sprzedaży płyt, ale także z tantiem i koncertów. Obok gwiazd i celebrytów żyją outsiderzy, nie wiążący końca z końcem. Ale ich los nie spoczywa w rękach piratów. Ci bywają częściej chłopcami do bicia, w przypadku Kazika, mam wrażenie, gwarantującymi większy rozgłos*

A co do firm płytowych, nie ma wątpliwości: są mniej innowacyjne, bardziej biurokratyczne, a więc zainteresowane trwaniem status quo. Spotka ich los dinozaurów – prędzej wymrą niż ewoluują. Uwolnią przestrzeń dla tych, którzy potrafią odczytać znaki czasów, ujarzmią nowe siły i ich innowacyjny potencjał. Czy doprawdy trudno jest zauważyć, że świat się nieustannie zmienia? Symbolem XXI w. nie jest gramofon, ani radio i telewizor. Płyta CD też odchodzi do lamusa.

Co artystom – szukającym nowych dźwięków w niezmierzonym sonicznym kosmosie – przeszkadza równie twórczo eksperymentować ze sposobami zarabiania na własnej twórczości? Redaktor „Wired” Chris Anderson udostępniał swą książkę „Free” za darmo w necie. Pomimo to papierowa wersja „Free” wylądowała na liście bestsellerów „New York Timesa”. Anderson zarabia krocie na wykładach. Niektóre zespoły sprzedają muzykę w sieci, jako bilet wstępu na koncert. Inni udostępniają ją za darmo, choćby poprzez popularny serwis Jamendo, spodziewając się także zysków z występów na żywo.
Bycie artystą pociąga za sobą ogromne ryzyko. Tak było od wieków i tak będzie. Internet ową prawdę aktualizował do naszych czasów.

* „Hurra” Kultu to numer 1 na empikowskiej liście najlepiej sprzedających się płyt.

Updated: Illegal downloaders buy the most music.