Leszek Balcerowicz jest mistrzem ekonomii, na tle innych polityków błyszczy ogładą i erudycją, lecz kultury – rozumianej szerzej – nie pojmuje za grosz. I lepiej, żeby się na jej temat nie wypowiadał, gdyż plecie redukcjonistyczne androny.


Wywiad zamieszczony w „Gazecie Wyborczej” bije po oczach tytułem: Balcerowicz: uwolnić kulturę. Tytuł mylący podwójnie. Po pierwsze twórca wolnorynkowej reformy nic nie chce tym razem uwalniać, ale raczej dożynać. Akurat poziom publicznych wydatków na kulturę lokuje Polskę w w ogonie Europy. Tu trzeba kroplówki.
Po drugie, żadnego wolnościowego frontu Balcerowicz nie otwiera, bo jeśli ktoś za nim stoi, to rozproszeni wyznawcy libertariańskiej utopii. Wyczerpują swą aktywność w dyskusjach i polemikach, a nie sensu stricto mobilizującej masy politycznej ruchliwości. Zatem nie ma czymś się przejmować? Nie do końca. W dobie kryzysu głos osobistości o takiej reputacji brzmi donośniej. Podpiszą się pod nim ci, którzy bojąc się krachu wolą ciąć państwowe wydatki, gdzie się tylko da.

Z gruntu liberalne traktowanie przez Leszka Balcerowicza kultury budzi sprzeciw, bo jak każde ideologiczne odchylenie kłóci się ze zdrowym rozsądkiem. Wedle liberalnych dogmatów byłoby lepiej dla obywateli, kultury i państwa, gdyby to ostatnie z łożenia na twórców i odbiorców kultury sukcesywnie się wycofywało.
Zamiast państwowych pieniędzy pojawiłyby prywatne. Lepiej i sensowniej wydawane. Kto da głowę, że taki mechanizm zadziała skutecznie? To, że że państwo jest niewydolne i przywykłe do marnotrawienia pieniędzy, nie oznacza że jego funkcję przejmie rosnąca rzesza sponsorów. W taką zależność nie wierzę. Balcerowicz? A jakże, wierzy.

Nie ma powodów, żeby w kulturze obowiązywały prawa ekonomii – przekonuje profesor. Racja, tylko dlaczego mamy je absolutyzować kosztem innych praw? Gdyby ekonomia miała decydujący głos w sprawie jakości naszego kształcenia, organizacji życia społecznego, moglibyśmy urządzić sobie rzeczywistość bez wsparcia psychologii społecznej, socjologii, edukacji, pedagogiki i wielu innych nauk.

Nic dziwnego, że pojęcie dobra publicznego jest dla Balcerowicza niejasne. Aby próbować je zrozumieć, trzeba ściągnąć końskie okulary doktrynera. Balcerowicz zawęża zakres powinności państwa wobec obywateli. Idealizuje i ogranicza wzajemne relacje do relacji czysto ekonomicznych.
Czy zatem istotnym problem z balcerowiczowskiej perspektywy jest zjawisko wtórnego analfabetyzmu, albo potwierdzony sondażami fakt, iż 60 procent Polaków przyznaje się do nieuczestnictwa w kulturze? Czy dostrzega on, pomiędzy tym problemem, a niskim kapitałem społecznym Polaków związek przyczynowo-skutkowy? Wreszcie, co ma do powiedzenie na temat pogłębiającego się deficytu kulturowych kompetencji i wiedzy wśród młodego pokolenia (vide: zapaść w gimnazjach i poziom egzaminu maturalnego)?
Ciekawe, na ile zmieniłby zdanie, gdyby został szefem galerii w prowincjonalnym domu kultury. Kierując się prymatem zysku pewnie zamieniłby ten przybytek w solarium lub salon gier. Chociaż nie, taka osobistość jak on, w prowincjonalnym mieście nie miałaby problemu z pozyskaniem sponsorów. A inni?

Zabierają głos, piszą choćby manifest „Niezależnej Rewolucji Kulturalnej”