Zbieg okoliczności? Najwyraźniej. Nie ma co łączyć obu kuriozalnych historii. Choć pojawia się pokusa, by uznać że obaj panowie, zgrani jak w dobrym kabaretowym duecie, wyczynami swoimi przesunęli politykę w rejon dotąd zastrzeżony dla groteski. (Powaga jest dziś towarem deficytowym)

Wypowiedź Rokity furory w mediach nie zrobiła, choć pyszna i rangi historycznej; media konsumują bowiem kryminalno-obyczajowego newsa z senatorem Piesiewiczem w roli głównej.

Dole i niedole obu polityków – wszak po drodze weszli w konflikt z prawem – układają się w rasowe dada, tyle że polityczno-obyczajowe!
Który scenarzysta przewidziałby, że szanowany senator konserwatywnych zapatrywań i poglądów, sytuowany w roli dyżurnego autorytetu rozstrzygającego złożone i wielorakie etycznie spory, będzie się tłumaczył z kokainowych epizodów? Albo Rokita, niedoszły premier, dalej – niedoszły ojciec chrzestny „popisu” – mąż opatrznościowy polskiej prawicy będzie tak bez umiaru walczył z niemieckim przewoźnikiem?

Gdyby padło na polityków lewicowej proweniencji, relatywistów, buntowników, renegatów albo na nieobliczalnego Palikota (jego przypadek można jeszcze zrozumieć; on ma duszę niespełnionego happenera), byłoby to wydarzenia z gatunku oczywistych. Jest inaczej i powinna być powszechna konfuzja. Naród to jednak przełknie.

A trzeba przyznać, że tych dadaistycznych epizodów nie wymyśliłby ani Mrożek, ani Witkacy, Piwowski i kabaret Mumio. No chyba, że wszyscy zasiedliby do jednego stołu i doprawili się specyfikami Williama Burroughs’a i mu podobnych nicponi.

***
A jednak dada pełną gębą: Marcinkiewicz na prezydenta.