Z larum, jakie publicyści podnieśli w sprawie Krzysztofa Piesiewicza nie zrodził się dotąd żaden utylitarny postulat, który przeniósłby ciężar z jałowych bojów o etykę, o winę i karę, w sferę politycznej praktyki. Jaki postulat? O tym za chwilę poniżej.

Męczy mnie ta dyskusją, w której zderzają się odmienne moralne porządki i motywacje, osobiste zapatrywania i uprzedzenia.
Wyrazistym przykładem chaosu jest zaskakujący medialny sojusz. Oto na pomoc senatorowi pośpieszyli – jako pierwsi – bard Maleńczuk oraz abp Życiński.
Obrońcy senatora to postacie z różnych, nie przystających do siebie światów: rockmen-piewca indywidualnych wolności i dostojnik kościelny, stojący na straży chrześcijańskich pryncypiów, katolickiego rygoryzmu w życiu społecznym. Bronią Piesiewicza, ale z innych pobudek. Ciekawe, czy to zauważyli.

Tymczasem jedyny sensowny wniosek, dający się zastosować w życiu publicznym, jaki może wyłonić się w w toku zdroworozsądkowego analizowania sprawy Piesiewicza, a nie sądu nad nim, dotyczy wolności, nie tylko tej senatorskiej, ani barda Maleńczuka, lecz nas wszystkich.

Załóżmy, że „wpadka” cenionego polityka to nie odstępstwo od normy, ale przykład, który warto zuniwersalizować, uogólnić, by uniknąć podobnych skandali w przyszłości.
Przecież powszechne jest społeczne odczucie, że „biorących dragi”, a więc totencjalnie szantażowanych i niszczonych w świetle fleszy, kamer może być mrowie. Co z tym fantem zrobić?
Po drugie, casus Piesiewicza pokazuje, że czyn napiętnowany nieść może mniejsze szkody społeczne, niż te wynikające ze sposobu w jaki sprawcę potraktowały media, opinia publiczna oraz wymiar sprawiedliwości. Nieprawdaż?

Kto bierze w obronę Piesiewicza i zgadza się, że to, co prywatne nie może być, ot tak, wywlekana na jaw i uznane za przyczynek do stawiania pod pręgierzem, powinien się domagać zniesienia przepisu o karaniu za posiadanie niewielkich ilości narkotyków na własny użytek. To jedyna konkluzja, która pozwala nam z konfuzji i moralnego zamieszania wyjść zwycięsko. Oczywiście, jeśli potrafimy wyciągać wnioski, a nie poprzestawać na tabloidalnym manifestowaniu oburzenia, szoku i zatroskania.