Jest taka niezwykła książka. To pean i wiwisekcja świata nowojorskich bitników i hipsterów . Ta książka pomoże nam się wyrwać z okowów znużenia i jeszcze mocniej  uświadomić schyłkowość współczesnej kultury. Może dlatego, że jest tak niebezpieczna,  nikt nie odważył się jej wznowić?
„Nowojorską bohemę” Ronalda Sukenicka czyta się jednym tchem. Nie jest to powieść wyssana z palca. Żadna ściema, choć mocno plotkarska, żarliwa jednak i zaangażowana. Autor sprzyja ludziom, dzięki którym on i mu podobni nadwrażliwcy przeżyli dionizyjską, gniewną i  zwariowaną młodość.
Ginsberg,  Pollock, Warhol,  Dylan Thomas, Bird, Borroughs są tu postaciami na wyciągnięcie ręki.  Niejednemu Sukenick przyglądał się w barze, z niejednym rozmawiał, pił, palił  i się awanturował.
Sukenick z niebywałą skrupulatnością kojarzy fakty, osoby i zdarzania. Ten wspomnieniowy patchwork czyta się wyśmienicie. 
Tak pisarz opisuje miejsca kluczowe dla hipsterskiego etosu lat 50., 60-tych.
Knajpy, mordownie to przybytek  sakralny, gdzie rozmowy, pijatyki i hulanki prowadzą do oswobodzenia spętanych bogów – i tych świętych, i tych sprośnych, i tych niebezpiecznych i tych mocom twórczym przychylnych

Kto u nas, poza Głowackim, wcześniej Tyrmandem, jest kronikarzem równie  mocno oddanym swojej epoce ?