Ani „Terminator” ani „Hardware” nie popsuły reputacji robotów. Stara jak świat jest intuicja, że maszyny – z założenia mając nam służyć – narobią nam tylko kłopotów. Taką przestrogą jest sztuka „R.U.R” Karola Capka.  To czeski pisarz wymyślił termin „robot”. 
Mniejsza  o obawy przed buntem maszyn lub awariami, cofającymi ludzkość w czasy barbarii.  Nie chodzi też o symboliczne drobne incydenty, sugerujące że igramy z ogniem. Problem w rewolucyjnej zmianie, która dokonuje się w laboratoriach pracujących na rzecz armii.
Niebawem wkroczymy w drugą dekadę XXI w. i newsy o bezzałogowych dronach tropiących talibów nie robią na nas dużego wrażenia.  Spowszedniały także żołnierskie relacje, jak to maszyny chronią im życie; vide: gąsienicowe talony, wyręczające w rozpoznaniu i unieszkodliwianiu ładunków wybuchowych.
Co krok słyszymy o testach kolejnych maszyn: latający robo-snajper  czy  poruszający  się jak zwierzę bigdog . Wojsko chętnie ich zwerbuje i wyśle na niebezpieczną misję. To kwestia czasu. 
Że zdalnie sterowane, a w przyszłości autonomiczne maszyny,  zmienią  oblicze wojny nie ma wątpliwości Peter Warren Singer, autor książki  „Wired for War”.  Publicysta  (były doradca Pentagonu i CIA) tym zagadnieniem się fascynuje, ale nie jest bezkrytyczny.
Singer  stawia tezę, iż robotyzacja armii ostatecznie zdehumanizuje  przeciwnika,  czyniąc stosowanie przemocy aktem łatwiejszym,  nie rodzącym  moralnych dylematów.
Trudno  się z tym spostrzeżeniem nie zgodzić, bo czy można oskarżyć maszynę o zbrodnie wojenne i postawić przed trybunałem? Czy pokusa wysłania do boju robotów zamiast żołnierzy, nie oznacza dla polityków wojny „bez kosztów”, nie narażającej  ich na ryzyko utraty popularności wśród wyborców?