Naiwna dziecięcość, narwany wiek młodzieńczy i stateczna dorosłość naznaczona monotonnym trwaniem. Niezmiennie irytuje mnie automatyczne przeskakiwanie z jednej generacji do kolejnej. I odgrywanie ról wyznaczonych przez obyczajową tradycję. 
Jak brać je serio, jeśli zdarza się nie raz, nie dwa, lecz regularnie spotykać dwudziestoletnich starców, których przeciętny 60-latek bije na głowę witalnością i otwartością? Kto bardziej zasługuje na miano dorosłego? Wiecznie napruty  ojciec czy jego nastoletni syn opiekujący się rodziną?
Swoją drogą, uważam, że szesnastolatki winny mieć prawo do biernego uczestniczenia w polityce. Czyżby akt wyborczy był bardziej „gorszący”  (sic!) od oralnego seksu lub stosunku przerywanego? Obowiązujący cenzus wieku ewidentnie nie przystaje do realiów.
To postęp technologiczny wyostrza paradoks będący udziałem młodej i starej  generacji. Ta pierwsza korzysta z technicznych nowinek szczególnie chętnie, drugiej, adaptacja  do wymagań pędzącego świata sprawia spore problemy.
Jeśli owe zjawiska mają miejsce, winno się je przeanalizować i wyciągnąć takie wnioski, z których skorzystają wszyscy. A nie udawać, że żyjemy po staremu jak za króla Ćwieczka.