Czytam o osobowości makiawelicznej. Nieustająco aktualne,  aż  korci, żeby spisać listę naszych makiawelistów rozpychających się na scenie politycznej.  Sęk w tym, że nie doszlibyśmy z tymi rankingami do porozumienia. Kto dla sympatyków PO jest bohaterem negatywnym, dla popierających PiS  będzie wzorcem. I na odwrót, w nieskończoność. W  dowolnej konfiguracji, uwzględniającej  każdą z partii.
Śledzę komentarze polityczne i dostrzegam w nich  głównie emocje. Adwersarze walczą nie na poglądy, lecz kto komu bardziej da popalić. Nie chodzi żeby przekonać, lecz zagłuszyć i wyeliminować. Jak na wojnie. 
Animozje  – idące czasem w poprzek  partyjnych linii, czego dowiódł zgoła kuriozalny,  lecz poważny w skutkach konflikt J. Kaczyńskiego z L. Dornem – są chlebem powszednim polityki i mediów.
Przywykliśmy do dziwacznych utarczek słownych, jakimi nas raczą: Sikorski kontra Kaczyński, Gowin kontra Palikot, itp itd. Czy to Radio Zet, czy TVN, TVP lub Polsat, od rana ten sam korowód. Słowa jak drut kolczasty, szczerzenie zębów, rzucanie się do gardeł.
Kim jest więc makiawelista? Dążącym do celu manipulatorem, który eksponuje własne krzywdy, bagatelizując krzywdy innych. Czuje się częściej ofiarą zmuszoną brać rewanż na innych,  aniżeli osobą chętną z innymi kooperować. Empatia jest mu obca. Zresztą, z grubsza ujmując, makiawelista emocji swoich oraz otoczenie nie analizuje, nie zamierza kwestionować. Nie dostrzega potrzeby.