Hollywood uraczył widzów wieloma thrillerami, które z powodzeniem (sic!) mogą posłużyć terrorystom za rezerwuar niszczycielskich pomysłów. Skądinąd atak pasażerskim odrzutowcem w  Waszyngton,  został opisany wcześniej na kartach powieści Toma Clancy’ego.
Po 9 września 2001 roku inaczej się ogląda finałową scenę „Podziemnego Kręgu”.  Obraz drapaczy chmur walących się  w gigantycznych eksplozjach nie jest już demoniczną fantasmagorią, rozgrywającą się w wyobraźni szaleńca. Z perspektywy  ataku na WTC scena jest profetycznym „widzeniem”.
Widzów podniecają wątki katastroficzne, nie raz przesądzające o kasowym sukcesie filmowej produkcji. Ale magia kina zasadza się na na pewnym uniwersalnym prawidle: bawiąc się naszymi potrzebami i oczekiwaniami, kino potrafi instynktownie dotykać tego, co potencjalne, co urzeczywistnić się może w przyszłości.
Spójrzmy w ten sposób na „Avatara”. Na pewnym poziomie – fabuły i ciosanej topornie czarno-biało psychologii postaci – film jest bajeczką. Obraz uwodzi, oczywistym z racji zaangażowanych środków, wizualnym rozmachem. Ale „Avatar” jest jeszcze efektowniejszą wariancją na temat techno-utopizmu i transhumanizmu.
 Zasadnicze znaczenie ma motyw człowieka, który porzuca własne, ułomne i zostaje upload-owany w inne, doskonalsze ciało.
Czy ta zamiana nie jest ostatecznym celem manipulacji biologiczną materię?  Kto z  tego powodu rozpacza? Kto, przeciwnie, doświadcza satysfakcjonującej pełni? Idę o zakład, że tych drugich byłyby miliony.
W finalnym akordzie trudno nie dostrzec utopijnej idei zniesienia odwiecznej dychotomii natura-technika. Dychotomii, która zdaniem wielu krytyków wspólczesnej cywilizacji, jest jej odwiecznym utrapieniem.  W filmie ustępuje ona miejsca harmonii. 
Zresztą Natura na planecie Pandora zdradza atrybuty inteligentnej sieci: zwierzęta, niebieskie humanoidy, drzewa – tworzą całość. Korzenie są jak światłowody, którymi płynie przekaz.
W filmie „przebudzenie” się Natury, która wkracza na scenę niczym deus ex machina, przywołuje skojarzenie z ideą Gai Jamesa Lovelocka. Jego koncepcja żywej planety, Ziemi, zasadza się na przekonaniu,  wzmocnionym naukowymi spekulacjami, że  nasz glob zachowuje się jak żywy samokontrolujący się organizm. Od uznania tego za oczywistość, dzieli już tylko krok, by naturalne zjawiska opisywać w kategoriach interwencji. I tak powracamy do „Avatara”.
Za jego przyczyną możemy wybierać między Matrixem, a Pandorą.  Obie wizje  są uprawnione. Podobnież  cokolwiek sobie człowiek wyobrazi, kiedyś w końcu się ziści.