Wróciłem  zły z rowerowej przejażdżki po okolicy. Co rusz jakieś dzikie wyspiska. Ręce opadają. Wywózka odpadów do lasu stała się narodowym hobby, konkuruje ze zbieraniem grzybów.
Owszem, można w akcie donkiszoterii nękać telefonami i pismami urzędy odpowiedzialne za sprzątanie. Ta strategia przynosi zazwyczaj połowiczne efekty. Urzędnik, z nawyku, w geście bezradności rozłoży ręce i sięgnie po banalne alibii: walczymy z wiatrakami. Wandali i bałaganiarzy nie sposób namierzyć, złapać na gorącym uczynku. Mam rozumieć, że są nieuchwytni jak Batman? Nie, mamy za mało strażników miejskich i marne przepisy.
Aczkolwiek, urzędnicy czasem spuszczą z tonu, jeśli „wjedzie” im się na ambicję. Kilkanaście dzikich wysypisk, które powstały niecałe 2 kilometry od nowego wrocławskiego stadionu, zniknęło po mailowych sugestiach, że to obciach tolerować stosy odpadów pod nosem zagranicznych kibiców. 
Być może poprawę odczujemy dopiero latem przyszłego roku. Nowa ustawa o utrzymaniu czystości daje gminom czas do lipca 2013 r. na wprowadzenie podatku śmieciowego. Będzie naliczany w zależności od pow. mieszkania, liczby domowników albo ilości zużytej wody. Uderzy nas po kieszeni. Koniec, kropka. 
Mamy więc kij. Brakuje marchewki czyli zachęty, aby brać sprawę w swoje ręce, w przekonaniu że się opłaca, że warto.
W brazylijskim Jundiaí, śmieci nadające się do odzysku wymienisz na warzywa i owoce, uprawiane w miejskich ogrodach. Komunalny program „Pyszny recycling” prowadzony jest od 10 lat.Wystarczająco długo, aby mieszkańcy wyrobili sobie ekologiczne nawyki: sprzątania i zdrowego odżywiania. 
Rozwiązanie proste i efektywne: odwołuje się do indywidualnej zapobiegliwości  i smykałki.  Ale to raczej zbyt skomplikowany projekt jak na nasze realia. Wszak żyjemy w kraju, w którym przez ostatnie 30 lat nie udało się rozwiązać problemu skupowania butelek.