Scenariusz jest prosty i wielce prawdopodobny. Za kilka lat dowody tożsamości trafią do lamusa, zastąpione przez systemy elektronicznego nadzoru. Idę o zakład.
Jaki bowiem jest pożytek z kawałka plastiku, jeśli tożsamość mamy potwierdzoną cyfrowo/online (żegnaj anonimowości), wokoło czuwają (24 godziny na dobę) kamery monitoringu, rozwijane są systemy identyfikacji twarzy, głosu, źrenic, możliwe jest podsłuchiwanie telefonów, monitorowanie ruchu w internecie, śledzenie via GPS? Każde z tych technologicznych narzędzi jest doskonalone, aby odpowiadało potrzebom społeczeństwa sieciowego/informacyjnego: programowanie =przewidywanie=bezpieczeństwo.
Teoretycznie już dziś – jeśli spiąć w całość rozproszone systemy prywatnego i państwowego monitoringu – niemożliwym staje się poruszanie się po mieście incognito.

Wgląd w powyższą problematykę oferuje rozmowa przeprowadzona przez dziennikarzy The Economist nt. elektronicznego nadzoru w USA: zapóźnień prawa względem technologicznych narzędzi, z jakich na co dzień korzystają tamtejsze organy ścigania.

Postęp w tej sferze jest ogromny. Już obecnie istnieją technologie skanowania odcisków palców na odległość, nawet gdy jest się w ruchu i …macha rękami. Akurat wszelkiej maści służby  (korporacyjne i państwowe) tylko czekają na zielone światło od legislatorów, żeby z tych narzędzi zrobić legalny użytek.
Staram się regularnie zaglądać na blog Bruce’a Schneier’a, zwanego przez The Economist „security guru”.  Ma  renomę, orientację i wiedzę,  trzyma rękę na pulsie.  Ostatnio z niedowierzaniem przyjął informację o testowanym przez amerykański Departament Bezpieczeństwa Narodowego skanerze, który pozwala z odległości ok. 50 metrów przenikać przez ubrania, wykrywając na ciele micro ślady niebezpiecznych substancji (np. narkotyków, ładunków  wybuchowych) oraz mierzyć w organizmie…poziom adrenaliny (!). Przenośny aparat zostanie wprowadzony do użytku w przeciągu 2 lat – informuje serwis Gizmodo. Uskuteczni kontrolę na amerykańskich granicach i w portach lotniczych.  A potem?

Wyobraźmy sobie, że nie jest to bujda na resorach, że chociaż fragment artykułu ma pokrycie w faktach. Zatem dzięki takim „udoskonaleniom” poczujemy się bezpieczniej (to pewne), jednocześnie znacząco zmieniając swój świat na podobieństwo tego z antyutopii „Minority Report”.