Die Antwoord zagrali w poznańskiej strefie kibica podczas UEFA EURO 2012.  Widziałbym ich raczej na Nowych  Horyzontach: jako muzyczny aneks do sekcji mockumentów.  Pasowaliby jak ulał, wszak o swoim stylu mówią „exaggerated experience”,   „documentary fiction”.

Die Antwoord to tricksterzy prima sort. Pomysłowi i metodyczni w działaniu. Jeśli sięgają do rynsztoka to z obowiązku skandalisty, wrachowanego manipulatora.  Kluczowa jest współpraca z Harmony KorinemRogerem Ballenem, mistrzem w portretowaniu abnormalności.  W jednym z wywiadów Ballen zastanawia się: “Do we live in a world of order or chaos? That’s a pretty important question to deal with.”  To jest pytanie, które może zadać Yo-Landi.  Zdaje się, że już wybrali, opowiadając się za chaosem.
Skąd ten metodyczny atak kiczem, blagą i perwersyjną tandetą? Czy to kwestia tylko walki o odbiorcę? Rozrastającej się i rozsianej po całym globie publiczności, która wyhodowana na internetowej pulpie nie wierzy w żadne kanony, a sarkazm, ironię i relatywizm, uznaje za coś normalnego? 
Na samym początku był eksperyment z Max Normal. Muzycy w koszulach zapiętych podszyje, prezentowali się niczym wychowankowie elitarnej szkoły artystycznej.

Kolejny twór, The Constructus Corporation, nie zapowiadał gołego wytatuowanego torsu Ninja ani wypinania nagich pośladków w stronę publiczności.  Jakże dalekie to od klaunady Die Antwoord.