Rynek w Bolkowie na kilka dni zamienił się w wybieg dla fanów gotyckiej mody. Skąd oni się wszyscy wzięli? Niczym statyści zwiezieni hurtem z planów The Rocky Horrow Show, Mad Maxa, Dooma. Usadowieni w oknach i na ławkach przed kościołem mieszkańcy obserwują najazd ufryzowanych i wystylizowanych „gotów”. Obserwują, kontemplują i oplotkowują. Sklepikarze liczą utarg. 
Przez ostatni weekend lipca w Bolkowie rządzi czerń, latex, piercing, tatuaże, gorsety opinające wychudzone, gibkie, bujne ciała. Czarne matron i nastolatki. Trupie makijaże tak solidne, że wygrywają z deszczem. Wszędzie uganiają się fachowi i niedzielni fotoreporterzy, trzaskają bez opamiętania zdjęcia. Jednak najbardziej perwersyjna jest pogoda: ponad 30 stopni w cieniu. 
Zmierzch i piwo lane strumieniami, znoszą środowiskowe i mentalne podziały. Lokalna młodzież, niebieskie ptaki wraz tłumem przyjezdnych koczują pospołu na krużgankach okalających rynek. Piją, przekrzykują się, pozują do zdjęć. Policyjny radiowóz kursuje dookoła centrum. I tak do białego rana. Zmęczony chłopak w czarnym uniformie i w metalowej masce na twarzy, zalega na trawie obok pomnika Jana Pawła II.
Centrum festiwalu to scena pod zamkową wieżą, skąd na całą okolice rozchodzi się dudniąca muzyka. Poniżej w dawnym ewangelickim kościele, zamienionym na salę gimnastyczną, też odbywają się koncerty. Publiczność tańczy w dyskotekowym dymie i laserowym świetle. Tylko te tablice do koszykówki i drabinki gimnastyczne prezentują się jakoś dziwnie. Z czasem kontrasty powszednieją. Gdy na ulicy zakonnica z walizką mija parę w czarnych koronkach, z dyndającym u ich szyi łańcuchem, nikt nie przystaje, nikt nie odwraca głowy.
Castle Party to dla Bolkowa zastrzyk świeżej krwi. Symptomy ożywienia  widać wszędzie: wywieszki o noclegach, kilka nowych punktów gastronomicznych, kolejki przed sklepami. Oferując przyjezdnym wikt i opierunek mieszkańcy zasilają domowe budżety.
Jeśli Castle Party  jest sukcesem i wszyscy zdają się być zadowoleni, to dlaczego bolkowianie nie pójdą za ciosem?  Co stoi na przeszkodzie, aby  zorganizować np. konwent tatuażu, zlot motocyklowy albo pokazy sztuki body art i performance’u, przeglądy kina i literatury grozy?  Nie planowane ad hoc, od przypadku do przypadku, lecz odwołujące się do renomy i fenomenu festiwalu, adresowane do podobnego odbiorcy?
Moim zdaniem, akurat nikt inny, jak tylko rozsiana po Europie społeczność fanów mrocznej, gotyckiej muzyki może zrobić miasteczku najlepszą reklamę. I mniejsza o to, ile w tym wszystkim głębi.  Jeśli na co dzień mieszkańcom będzie wiodło lepiej, więcej pieniędzy z podatków wpłynie do miejskiej kasy, to chyba warto zaryzykować? Festiwalowa kilkutysięczna publiczność, przyjeżdżająca na jeden weekend w roku, to za mało żeby senny Bolków postawić ekonomicznie na nogi. Miasteczko wydaje się zabiedzone i pozbawione „ikry”. I co gorsza, jeśli dłużej będzie nękane przez bezrobocie (a to należy w regionie do rekordowych), raczej się wyludni. Wtedy na prawdę zamieni się w miasto duchów.