10 minut piekielnego łomotu. Wywołującego u jednych grymas zniechęcenia i nudę. U innych dreszcze. Skąd ta potrzeba dążenie do muzycznej skrajności? Po jakie licho oni nas tak torturują?  (Kto był na OFF-ie, wie o czym mówię)
Żeby ocalić muzykę i autentyczne, głębokie doświadczenie, związane z jej odbiorem, najpierw muzykę trzeba zabić, docierając do jej ekstremum. Tak pojmuję ich strategię. Swans nie pastwi się nad naszymi zmysłami, tak jak czynimy to codziennie, i czynimy bezwiednie, pompując w uszy popierdolony radiowy plastik, kiczowate, obrobione komputerowo mruczando, melodyjki dla otępiałych. Masowym wyborem stało się miałkie, pozbawione atencji, wrażliwości i ciekawości  odbieranie dźwięków, brzmień, melodyki, harmonii. Kogo dziś obchodzi liryzm, trans, sakralność, uniesienie, przerażenie, duma? Liczy się najwyżej letni hit do samochodu i potańcówka.

Swans dokonuje egzekucji. Odstrzeliwuje nam głowę. Tym aktem radykalnym prowokuje skrajne odczucia. Jak w Biblii: zawierzenie  albo odrzucenie. Reszta się nie liczy. Albo gorąco, albo zimno.
Muzyka zmartwychwstaje w ciszy. A że tylko nieliczni są w stanie to pojąć, nie szkodzi. Nie ma kogo żałować.