Stygmatyzacja w czasach internetu. Brzmi poważnie, jak tytuł pracy naukowej. A rzecz odnosi się do banalnej wielce historii. Na społecznościowych portalach robi furorę filmik z ulicznej wigilii w Radomiu: tłum w mig ogałaca świąteczny stół z potraw i napojów, w tle lecą ckliwe kolędy. Obraz śmieszy, gorszy, wprawia w zażenowanie. W necie sypią się komentarze, z grubszą ujmując, niepochlebne wobec uczestników zdarzenia, bo  jakże by inaczej zareagować? Przyznaję, sam atmosferze uległem,   i mam poczucie niesmaku.
Niewątpliwy brak namysłu, typowy dla zbiorowych zachowań, pociągnął za sobą kolejną falę, już mniej dającą się wytłumaczyć masowym popędem. Wszak każdy z nas osobno, siedział przed komputerem. A jednak ruszyła fala.  Klikając w komputer lud rzucił się do komentowania. Uwiecznionym po-wsze-cyfrowe-czasy postaciom  przypisano role pazernych, zachłannych i godnych pożałowanie indywiduów.  Detal, że ktoś starszy podaje butelkę komu innemu, jakoś mało kogo obchodzi. Kto jest sprawniejszy w kpinie i w wyrażaniu oburzenia, na tle obśmianych może się poczuć lepiej, nieprawdaż?
A przecież, powiedzmy sobie szczerze, w każdym mieście i mieścinie, od Bałtyku po Tatry, mają miejsce podobne sceny.  Choć nie są ujęte tak dosadnie przez oko kamery, to przecież doświadczamy ich niemal regularnie, nie tylko od święta, więc bardzo powierzchowne jest nasze zdziwienie i oburzenie.
Zatem jeśli śmiejemy się z Radomia, to musimy pamiętać, że taki Radom jest wszędzie, ukryty pod różnymi nazwami na mapie Polski.  A zresztą, gdyby nasze internetowe „wzmożenie” traktować poważnie, to święta w polskich domach wyglądałyby wyjątkowo inaczej, a będzie jak zwykle.  W chaosie, w nerwach, na ostatnią chwilę,  pazernie, bez głębi.