Im więcej kupujesz, tym lepiej dla produktu krajowego brutto. Oto ukryte, konkretne przesłanie tych świąt. Oczywiście owe „im więcej” wcale nie gwarantuje pomyślności na innym, indywidualnym polu: nie musimy poczuć się lepiej, być zdrowszym i rozsądniej gospodarzyć naszymi zasobami. Oczywiście, dzięki obfitości zakupów zyskamy w oczach innych, którzy  wraz z nami pielgrzymowali z wózkami po marketach.  Dziś zdolność do nabywania towarów i usług (nierzadko w ostentacyjny sposób) – jak nigdy wcześniej  i jak nic innego – wyznacza społeczny status (dawniej decydujący głos przyznawano innym atrybutom i aktywnościom). Świąteczne kolejki są odmianą rytuału: wściekamy się, że są za długie, ale uznajemy je za coś oczywistego i niezbędnego…dla klimatu świąt.

Zaś jako nieoczywista, niemal niedorzeczna, wyda się każdemu konsumentowi odezwa „Buy Nothing Christmas”. To hasło globalnej kampanii propagowanej przez magazyn „Adbusters”, od paru dekad uprawiającego culture jamming, nie spotka się u nas z żywym odzewem. Jednak, gdy patrzę na niepomierne zdziwienie wypisane na twarzy prezenterki CNN dociekającej bezradnie, o czym  mówi twórca „Adbusters”, wspominający o oczywistych powiązaniach między konsumpcjonizmem, a problemami współczesnego świata, sądzę że nie odstajemy za bardzo od Amerykanów. Choć marna to pociecha.

Twórca „Adbusters”, Kalle Lasn, ma 70-tkę na karku. Z pochodzenia jest Estończykiem. Po studiach matematycznych opracowywał na zlecenie australijskiej armii scenariusze potencjalnych konfliktów, potem związał się z branżą reklamową  i nabywał doświadczenie pracując w Tokio. Życiowe cele i zapatrywania zmienił zafascynowany rewoltą studencką lat 60. Zaś pismo „Adbusters” założył wspólnie z kolegą-filmowcem, angażując się w obronę kanadyjskich lasów zagrożonych intensywnym wyrębem. Magazyn dystrybuowany jest do ponad 70 tys. czytelników na całym świecie. Grono jest większe, uwzględniwszy kolejne tysiące korzystające z  jego wersji on-line.
Każda istotna analiza ruchu Occupy musi kierować uwagę na kanadyjską siedzibę redakcji „Adbusters”, gdzie narodziła się idea okupowania Wall Street.  Dziennikarz New York Times’a kreśląc sylwetkę Lasn’a przypomina, że wzywając do protestów w sercu światowej finansjery, on sam ani razu nie pokwapił się z wizytą do Nowego Jorku. Sprzeczność? Skądże znowu. Lasn pokłada nadzieję nie w charyzmacie liderów, spójnej politycznej strategii, lecz w błyskawicznym rozprzestrzenianiu się idei, postaw, stylów, inaczej mówiąc: memów (kulturowych wirusów). W post-Mcluhanowskim świecie nieustannie multiplikujących się powiązań, takie myślenie ma sens.

Zatem „Buy Nothing Christmas” nie musi spotkać się z natychmiastowym odzewem. Nie ma przypisanej politycznej agendy zawierającej wyraźną konkluzję. To czysty mem i jest kwestią czasu oraz dogodnego kontekstu, kiedy  skutecznie zmutuje.  Ale to już historia, którą napiszą inni.