Daruje sobie rytualne wyliczanie książek, filmów, piosenek. W sporządzaniu corocznych kwerend  i rankingów są lepsi ode mnie specjaliści. Przywołam za to moje rozczarowania i zdziwienia, związane z biegiem zdarzeń mijającego roku.
Największe zdziwienie wiąże się znaczącą ciszą, która zapanowała po odtrąbionym zwycięstwie nad ACTA. Wielu za sukces uznało fakt, że przez kraj przetoczyła się fala ulicznych protestów nie spotykanych od  czasów Solidarności. Zastanawiam się, co porabiają owe dziesiątki tysięcy zwolenników wolności, przeciwników cenzury w necie. Jak użytek czynią ze zdobytego wówczas doświadczenia? W co się zaangażowali? W jakim stopniu tamte przeżycia mają dla nich wymiar generacyjny? Czy za pewien czas będą się na nie powoływać? Na jakiej manifestacji? Oby nie oeneru…. Mam nadzieję, że jakiś instytut to zjawisko wziął pod socjologiczną lupę.
Na publicznej arenie nie pojawiła się żadna większa inicjatywa, która problem  prywatności w sieci, cenzury, nadzoru, i jakże obszernego zbioru pokrewnych zagadnień, wprowadziłaby  na stałe do publicznej dyskusji. To, o czym wspominam jest sensem działania ledwie kilka fundacji i stowarzyszeń. Owszem, wykonują skutecznie pozytywistyczną robotę, pełnią rolę think tanków. Ale między sferą ich poczynań, a masami, które widzieliśmy na ulicach zimą tego roku nie ma żadnej nici porozumienia. Nic z atmosfery tamtych wydarzeń nie przetrwało. To było przypadkowe i chwilowe spotkanie dwóch odległych światów: chłodnego akademickiego dyskursu i gorączkowego młodzieńczego oburzenia.
Akurat na Zachodzie sprawy wyglądają zgoła inaczej. Zakres wolności, skala nadzoru w cyfrowym świecie, rola biznesu i technologii, wreszcie odpowiedzialność polityczna  za zachodzące zmiany – o  tym wszystkim się na okrągło, burzliwie spiera i dyskutuje. Ten konglomerat problemów nadaje sens aktywności rozmaitych osób, inicjatyw, środowisk. Nie będę się nad ich skutecznością i zasięgiem rozwodził, podam dwa różne przykłady:  Max Schrems i znane w hakerskim świecie hasło: CryptoParty.
Co ponadto? Zaskakuje mnie, dla odmiany pozytywnie, dokonujący się na naszych oczach skok od biga data do open data.  Dziennikarze, politycy, socjolodzy, epidemiolodzy, planiści, urbaniści – długo wymieniać profesje, które dostrzegają pożytki płynące z dostępu do danych statystycznych i ich badawczej „obróbki”. Jak na przykład ma to miejsce w Holandii.

0. Democracy without secrets. from nulpunt on Vimeo.

Największą korzyść ma oczywiście obywatel:  sięgając po opracowane w przystępny i obrazowy sposób urzędowe informacje może wyrobić sobie pogląd na temat decyzji, procesów, zjawisk, i koniec końców,  jest w stanie dokonywać wyborów sensowniejszych niż gdy dostępu do informacji jest pozbawiony. Rzućcie okiem na wideo.

Tylko na chwilę powiało optymizmem, bo z gruntu rozczarowujące jest to, jak nieruchawo na ten trend reagują nasi rodzimi decydenci.

Wrocławski, pełen pesymizmu, przykład – spędziłem ostatni, grudniowy piątek  na sesji rady miejskiej Wrocławia przysłuchując się sporom wokół projektu budżetu na 2013 rok. Polityczna wrzawa, retoryczne popisy i personalne złośliwostki zastąpiły dyskusję o konkretnych liczbach. Ile miasto ma przeznaczyć na edukację w porównaniu z poprzednimi latami? Jaka część sumy przypadnie na konkretną dzielnicę i w relacji do żyjących na danym obszarze uczniów? Jakie fundusze urząd miejski zarezerwuje na sprzątanie ulic i jak ta kwota ma się do sum wydawanych przez inne polskie miasta o zbliżonej wielkości? Jaki procent pieniędzy zarezerwowanych na kulturę zostanie przeznaczony na edukację kulturalną i wydarzenia w peryferyjnych dzielnicach, a ile na koncerty organizowane na  Rynku?

Takie pytanie nie padły. I nikt pewnie nie potrafiłby na nie od razu odpowiedzieć. Całkiem zasadne pytania, z perspektywy politycznej młócki okazały się nie posiadać znaczenia.
Pojąć tego i wytłumaczyć nie sposób, wszak trafiło na gremia do dyskusji nad finansami predestynowane.  Matematyka przegrała z politycznym mętnym żywiołem.
I na koniec mało pocieszająca konkluzja: jeśli radni mają problemy z analizą projektu budżetu, to jakim to jest wyzwaniem dla mieszkańca?
***
Żegnając rok 2012 nie mam złudzeń, że następca w kalendarzu odziedziczy te same emocje i kłótliwość, które od lat rządzą polską polityką. Klasie politycznej pozostaje wałkowanie tych samych problemów, tym samym językiem. Choć wiele się wokoło zmienia i czas nie stoi w miejscu.