Przeszłość roi się od przykładów „mechanicznego poprawianiu” ludzi. Takich, którym zwykłe towarzyszyły humanitarne przesłanki i pobudki.  Weźmy na przykład metodę lobotomii, za której  opracowanie António Egas Moniz otrzymał w 1949 roku nagrodę Nobla. 
Czytam właśnie, jak w Chinach wyciąga się z nałogu alkoholików, narkomanów: wprowadzając do mózgu elektrody, aby za pomocą prądu wypalać komórki jądra półleżącego, które jest odpowiedzialne za odczuwanie przyjemności. Pacjent traci ochotę do picia wódki, palenia zakazanych substancji i kłucia żył. Proste. A że skutecznie przy okazji degeneruje się jego zdolność – jak przestrzegają inni naukowcy – do odczuwania miłych wrażeń związanych choćby ze spożywaniem posiłku, uprawieniem sexu, słuchaniem muzyki, tańczeniem lub czytaniem książek, jakie ma to znaczenie… zwłaszcza, jeśli uwzględnimy ulgę, którą chirurgiczna interwencja przynosi bliskim narkomana i korzyść, którą odczuje   społeczeństwo, nie radzące sobie z plagą pijaństwa; a może precyzyjniej państwo – nieskore finansować, w znaczącym i zadowalający stopniu, masowe ale i bardziej wyrafinowane – niż kłucie elektrodami – programy pomocy uzależnionym. 
 I znów wracam do historii, bo przecież uczy nas ona iż powoływanie się na społeczne korzyści często ma miejsce tylko po to, aby usprawiedliwiać haniebne czyny i bezeceństwa.  I jeśli mamy serio traktować płynącą z historii przestrogę, to należy już teraz widzieć chirurgiczne praktyki w szerszym kontekście: ideologii i systemu, które panują w Chinach.