Jak to jest? Jego kolejne hity, pozy, estetyczne wariacje odbierałem ostentacyjnie zdystansowany, jako wierny fan innych, surowszych brzmień, bandów (z zimną i nową falą na czele). Zawsze gotowy  i nasrożony, aby dowodzić do upadłego trafności swoich  wyborów i upodobań do Bowiego nie byłem przekonany. Ba, latami uważałem jego image za obciachowy i dziś, choć w gustach muzycznych pozostaję niezmienny, łapię się na tym, że Dawid Bowie coraz bardziej mnie intryguje. Do tego stopnia, że nie mogę pojąć, jak paręnaście lat temu jedyny jego koncert w Polsce odwołano, o ile pamiętam, z braku zainteresowania. (W kraju o wioskowej mentalności nie ma miejsca dla kosmicznych odmieńców)
 
Napatrzyłem się i nasłuchałem Bowiego przez ten czas na tyle, aby docenić jego oryginalność i determinację, z jaką forsował swoje artystyczne wizje. Tamten odległy, niemal mityczny Bowie dziś jest jeszcze bardziej wyrazisty na tle zbiorowości karykaturalnych epigonów, którym ustąpił miejsca, schodząc  dekadę temu ze sceny. Bowie powraca 11 marca,  z nową płytą. Nic nikomu nie musi udowadniać.