Urząd miejski ogłosił, że wyłoży na wiosenne prace porządkowe ok. 7 mln złotych. Brawo. Za rok pewnie wyda tyle samo, mógłby mniej, gdy wraz z usuwaniem śmieci i myciem ulic teraz przeprowadził  adresowaną do wrocławian kampanię edukacyjno-informacyjną ze zgrabnie ujętym przesłaniem: segreguj, sprzątaj po sobie, zyska miasto i ty zyskasz. Zatem, teraz kampania, za rok jej owoce, czyli pewnie w jakimś zakresie ciut czystsze, po kolejnej zimie, dzielnice, a może i mniejsze społeczne przyzwolenie na śmiecenie. 
Nie jestem w stanie przywołać żadnej społecznej kampanii prowadzonej przez Ratusz, która byłaby spektakularna.  Na tym marketingowym polu Wrocław daje ciała. Po prostu takich kampanii – długofalowych, sugestywnych, rozpisanych na różne media – u nas się nie robi. W tramwajach i autobusach do dziś można się natknąć na plakaty sprzed paru lat. Są przestrogą przed  fatalnymi skutkami dawania żebrakom pieniędzy. Formuła  przekazu nie powala, ani też dawanie kasy żebrzącym nie wydaje się problemem, który znacząco komplikowałby funkcjonowanie stolicy Dolnego Śląska. 
Dość uparcie powtarzamy, że Wrocław to wyjątkowe europejskie miasto. Może warto, dla równowagi przyznać, że  „meeting place” tonie w śmieciach i coś z tym fantem, wspólnymi siłami, należy zrobić.  Zadziałać tak, aby z roku na rok problem malał, a nie narastał.

Nie wiem, czy 7 milionów złotych na sprzątanie to sporo jak na takie miasto.  Wiem, że dodatkowa pula pieniędzy powinna być przeznaczona na dotarcie do ogółu z odpowiednim, atrakcyjnym i przemawiającym do rozsądku komunikatem.

Lepszej okazji nie będzie: za parę miesięcy wchodzi w życie nowa ustawa śmieciowa, która wywołała wystarczający ferment w ludzkich głowach, że aż grzechem byłoby z tego nie skorzystać i nie ugrać coś na rzecz ekologii, czystości otoczenia. Koniec końców,  na rzecz wyższego standardu życia.