Napad na wrocławski skłot, atak na wegetariańską restaurację, zastraszanie Galerii BWA, której dyrekcja z obawy przed pałkarzami – mętnie się tłumacząc – zrezygnowała z pokazu filmu. To wszystko w przeciągu kilku miesięcy. Do tego nieporadność miejskich urzędników – zwykli problem burd i napadów na tle rasistowskim bagatelizować, a teraz udają zdziwionych.  Dużo tego i niektórzy twierdzą, że, jak żywo, na wrocławskie ulice powraca ponury klimat lat 90. Wówczas to niemal każdy rockowy koncert był przez skinów atakowany. 
Skąd się bierze nowa brunatna fala?
Gdy jedną ręką daje się grube miliony na stadion i na klub piłkarski – tandem, na którym jak na razie wożą się kibole – drugą powinno się odważniej wspierać organizacje pozarządowe. To one zajmują się na co dzień edukacją na rzecz otwartej kultury i otwartego społeczeństwa, promują aktywność sportową wśród dzieci i młodzieży, prowadzą środowiskowe świetlice oraz dzielnicowe kluby. I choć mają problem, jak związać koniec z końcem, tej pomocy często nie dostają, bądź zdarza się to na mniejszą skalę i nie tak spektakularnie, aby opinia publiczne otrzymała jasny sygnał, że na rasistowskie wybryki i promocje nienawiści nie ma w naszym mieście miejsca, że budowanie klimatu tolerancji i otwartości władze traktują priorytetowo.
Nieporadność urzędników nadaje promocyjnemu hasłu „Wrocław miastem spotkań” karykaturalny wymiar.  Już dziś slogan ma niewiele wspólnego z rzeczywistością, bowiem ta brunatnieje w zaskakującym tempie.