Gazeta Wrocławska:  „Wielka wycinka we Wrocławiu. Z miasta zniknie blisko 1000 drzew”

Tną na wiosnę. Tną na potęgę, jakby nie mogli poza okresem lęgowym ptaków. Który to raz zderzam się z urzędniczą logiką. Ręce opadają. Jeśli już muszą wycinać, to niech, do diabła, posadzą tysiąc młodych, aby zrekompensować skutki pilarskich harców. Nawet gdyby mieli okrasić to piarowym widowiskiem, że niby nasza władza jest taka proekologiczna, tak wrażliwa na piękno przyrody. Niech pucują swój wizerunek, i to przecierpię, byleby mieć radość, że ktoś drzewa posadził, że jednak jakoś w tym gąszczą rosnących domów, umacnianych przeciwpowodziowych wałow, parkingów, placów z betonu i asfaltu nie ubywa przyrody. 
Wiodący ku prostemu celowi ciąg zdarzeń jest łatwy do zaplanowania: tniemy, to  sadzimy w innym miejscu, żeby uspokoić mieszkańców. Ale czy w naszych realiach taka  kalkulacja jest możliwa? Pewnie w budżecie Wrocławia i województwa nie przewidziano prezentów dla „przewrażliwionych” na punkcie przyrody wrocławian.
Czy owe 1000 drzew przeznaczonych do wycinki to dużo, czy mało? Rzecz względna, lecz jeśli drzewo wrosło w pamięć paru pokoleń,  ma znaczenie także symboliczne. Okaleczamy zapisane w nas odczucia związane z miejscem tak ważnym dla naszej tożsamości. Zatem z każdym padającym pniem mamy powód do złości i do smutku. Tym emocjom nie można się dziwić.
Dziwić się należy tokowi  rozumowania, który preferuje niejeden techno-biurokrata.  Argumentuje on z grubsza tak: że niby od 1 marca trwa okres lęgowy? Kto  się tym, tak na prawdę, przejmuje? Mamy sprawdzać przed wydaniem zgody na wycinkę, czy nie gnieżdżą się ptaki, np. w dziuplach? Pan oszalał. Że niby mamy posadzić tysiąc sadzonek, aby zrekompensować skutki wycinki? A kto miałby za to zapłacić? 

Marzy mi się na wiosnę, zamiast wycinki, akcja sadzenia drzew. Bez zastanawiania się, co sądzi  o tym biurokrata.