Wrocławianie mają 3 tygodnie na składanie projektów do budżetu obywatelskiego. Kolejny miesiąc przeznaczono na urzędniczą analizę rzeczonych pomysłów i wybór finałowej 20-stki. W czerwcu rozstrzygające głosowanie.
Program jest pilotażowy, ale z takim terminarzem został wzorcowo schrzaniony. Nie stawia się wozu przed koniem. Najpierw powinny odbyć się konsultacje i cykl spotkań informacyjnych, przybliżających program mieszkańcom. Zachęcić, wytłumaczyć, koordynować – z takich zadań powinni się wywiązać urzędnicy i radni, ci ostatni wszak będący „głosem” mieszkańców. 
Scenariusz jest znany, role rozpisane, tylko całość powstała tak jakby na kolanie. Wrocławskiego budżetu obywatelskiego nie promuje kampania informacyjne  ani strona internetowa, gdzie o idei programu, o samym budżecie – na przykładzie innych miasta – wyczerpująco można byłoby poczytać, braki w wiedzy uzupełnić, do tematu się obywatelsko zapalić. 
Oby więc nie skończyło się jak z wyborami do rad osiedlowych, które z racji zerowego zainteresowania od lat są pastiszem demokracji i uczestnictwa w życiu miasta (z całym szacunkiem dla radnych i ich, bywa że, ciężkiej pracy).
Istotą budżetu partycypacyjnego jest, jak sama nazwa wskazuje, uczestnictwo. Filozofia, która stoi za wrocławskim pomysłem na Europejską Stolicę Kultury 2016 też do tego hasła nawiązuje. W zwycięskiej aplikacji miasta, w dowolnym wywiadzie z udziałem dyrektorów ESK 2016 jak mantra przewija się teza o kluczowym udziale wrocławian w życiu swojego miasta.
Oba programy rozpisane są na parę lat i odpowiada za nie urząd miejski, ale  ich drogi jak dotąd się nie przecięły. Jedni „robią w budżecie”, inni w „głębokiej kulturze”. Może  warto zgłosić projekt dotyczący poprawy komunikacji w urzędzie i lepszej komunikacji urzędu z mieszkańcami?