Dziennikarstwo jest w odwrocie, medialne flagowe okręty od miesięcy tkwią na mieliźnie (vide: kłopoty tygodników, słabe notowania Agory, giełdowa pozycja TVN).  Znikąd odsieczy i może być gorzej, bo nie tyle kryzys, co generacyjne i kulturowe perturbacje, powiązane z technologią oraz  internetem, działają na gazety, tv, radio, destrukcyjnie.
Akurat młodzieży marzącej o redaktorskich profitach zapaść na rynku mediów bynajmniej nie przeszkadza. Wieści z frontu o upadających gazetach i zamykanych telewizjach (vide: dolnośląska TeDe) obchodzą ich mniej niż zeszłoroczny śnieg. Zatem, jak zwykle tłumy uderzą latem na uczelnie, aby rywalizować o indeks studenta dziennikarstwa. Trudno to zrozumieć, bowiem ten wybór dziś – uwzględniając iluzoryczne apanaże, gwarantowany stres i okupioną sporymi wyrzeczeniami satysfakcję – można polecić bardziej desperatom niż pasjonatom.

Stażowanie w podupadających gazetach to pierwszy etap wątpliwej życiowej przygody, po którym zwykle większość adeptów dziennikarskiej profesji, nieźle poobijana, wypadnie z obiegu.  
Z tej perspektywy studia dziennikarskie okazują być pięcioletnią przerwą w życiorysie, naznaczoną egzaminacyjnymi epizodami, pisaniem mało komu potrzebnych elaboratów, spełnianiem zachcianek wykładowców (to nie wina ich, lecz systemu) produkujących zastępy potencjalnych bezrobotnych. Większość magistrów dziennikarstwa nigdy nie trafia do radia, gazet, telewizji. Mało kto z tego grona odważy się na krok desperacki: założenie własnego tytułu i redakcji.
W rankingu sporządzonym przez amerykańską firmę CareerCast.com dziś wyżej postrzegane są profesje drwala, stróża. Reporterska praca przegrywa  z zajmowaniem się recyclingiem odpadów lub prowadzeniem autobusu.  Może i dobrze, że wracamy do punktu wyjścia? 
Swoją drogą, Monika Olejnik nie miała nic wspólnego podczas studiów z dziennikarstwem. Skończyła zootechnikę.