Rok 1969 zwykł się kojarzyć z hippisowskim Woodstock, komu innemu z dosłownym odlotem na Księżyc, z obrazem Neila Armstronga stąpającego po srebrnym globie tak lekko, jak da się poruszać tylko na sprężystej batucie.  
Mnie myśl o roku 1969 odsyła do postaci Bongo Joe wybijającego trzonkami od młotków rytm  na olejowych beczkach i snującego uliczne improwizowane historie.

Na muzykę Bongo Joe – co wyróżnia wszelkie netowe peregrynacje – natknąłem się nieoczekiwanie.  Incydent to znaczący, bo otworzył mi oczy na nieznany epizod z historii ulicznej kultury. Przypomniał też  uniwersalną prawdę, że autentyzmu ząb czasu nie pokiereszuje, że choć sam ruch w kalendarzu ośmiesza mody i trendy, przemienia obiekt zachwytów w przedmiot kpin i żartów,  to prawdziwej oryginalności się nie ima. 

Więcej o Bongo Joe przeczytacie na blogu  „..którędy pójdą dzicy święci”