Edward Snowned, pracownik kontraktowy NSA (National Security Agency), technik zatrudniony poprzednio w CIA, przyznał się do przekazania mediom dokumentów dotyczących kontrowersyjnego programu PRISM. Osobę pryncypialnego whistleblowera kreśli na swoich łamach brytyjski „Guardian”. Dziennik przeprowadził z Snowdenem wielogodzinny wywiad.
Czy stojącego za „wyciekiem” mężczyznę czeka los Bradley’a Manninga, który po 3 latach spędzonych w areszcie stanął przed sądem oskarżony o zdradę? Czy może do końca swoich dni Snowden będzie żył/ukrywał się z dala od USA? Podzieli zatem los twórcy Wikileaks Juliana Assange’a? Na te pytania nie ma odpowiedzi.

Cała historia ma niespotykaną dynamikę. Od początku to nie była tylko wewnętrzna sprawa USA. Podejrzenia, że FBI i NSA mają dostęp do serwerów m.in. Google, Facebooka, Yahoo, Apple’a (mogą kontrolować aktywność amerykańskich i zagranicznych internautów) obiegły media na całym świecie.  

Na aferze na pewno ucierpi reputacja Obamy. Globalny wizerunek USA jako strażnika praw człowieka i orędownika demokracji zostanie poważnie nadszarpnięty. Ucierpią też  interesy firm wywodzących się z Silicon Valley, zwłaszcza tych, które zainwestowały w cloud computing z myślą o pozyskaniu klientów z Europy.  Przechowywanie danych na serwerach, które w świetle dziennikarskich ustaleń  były i są pod lupą amerykańskich służb, nie wydaje się rozsądne z biznesowego punktu widzenia, przykładającego szczególną wagę do poufność w prowadzeniu interesów.

Kto natomiast zyska na aferze PRISM? Zapewne  ucieszą się autorytarne rządy, wszak dostają do ręki argument, że inwigilacja nie jest wcale „be” –  przecież z podobnych metod korzysta globalny policjant, bez oporów, skrycie, stosując je wobec własnych obywateli.