Ile lat żyjemy w klimacie stagnacji? W cieniu kryzysu? Właściwie, kiedy ten stan się zaczął? Jaką miarą go mierzyć? Po politykach widać rosnące wyczerpanie, irytację, bezradność. Od kilku dni w polityce, krajowej i globalnej, wyczuwa się wzmożenie, jakby potrzebę gwałtownego wyjścia z impasu. W krótkim okresie skomasowały się wydarzenia, które uderzają w poczucie przewidywalności, wieszczą czekające nas głębokie zmiany, nie tylko przetasowania na szczytach władzy.

Zacznę od naszego podwórka, choć zastrzegam, nie najważniejszego. Pierwszy raz od kilku lat PiS sondażowo bije na głowę PO (30% do 23%). Co miałoby się zdarzyć, poza jakimś kardynalnym błędem partii Kaczyńskiego, głęboko ją kompromitującym, żeby ten trend zatrzymać i żeby PO odzyskała wyborczy powab? W rządzie marazm, w partyjnych szeregach brak wiary, że uda się wykreować nowe gwiazdy ponad blednącą gwiazdę Tuska, ponadto brak wizji (wariantu z supernianią, sięgania po celebrytów i społeczne autorytety, nie można powtarzać bez ryzyka dyskredytacji autorytetów, które są formalnie przypisane ministrom). Na horyzoncie nie rysują się żadne widoki na kolejne piłkarskie mistrzostwa, wielkie eventy, a więc brakuje powodu/pretekstu do bicia w narodowy bęben i udowadniania w kolejnym powszechnym zrywie, że potrafimy dowieść światu swojej wartości i wyjątkowości, a w drugiej kolejności udowodnić coś sobie i podnieść w narodzie  zmarniałego duchu, budując w tym samym czasie drogi, mosty, lotniska.
 Ewidentnie brakuje sztabowcom PO sposobów na retusz zużytego wizerunku partii, nie dość że zmęczonej, to jeszcze irytująco skłóconej. Premier Tusk wpadnie w poważniejsze tarapaty, jeśli padnie bastion warszawski – czyli uda się odwołać Hannę Gronkiewicz-Waltz. W PO nastanie czas smuty – rozliczeń i szukania winnych za porażkę – bardziej niż poszukiwania cudotwórcy, który tchnie nadzieją i pozwoli PO trzymać wysoko gardę, chroniąc ją przed nokautem w kolejnych wyborach.  Przy tym schyłkowym trendzie zacznie się,  a jakże, przyśpieszony exodus z tonącego okrętu na nowe prawicowe łodzie, szajby, tratwy.
Turcja żegna się na kolejne kilka lat, a może na zawsze, z  marzeniami o wejściu do Unii Europejskiej. A tak  przy okazji, czy premier Erdogan w ogóle tego wejścia pożądał? Bezpardonowo rozprawiając się z protestami w Stambule, sięgając po obcesowy i brutalny język stworzył wybuchową mieszankę, która rozsierdziła polityków Unii Europejskiej. Erdogan zabrnął  – w oczach zachodniego świata i swoich krajan – za daleko, żeby przyznać się do błędu nie tracąc twarzy. Jeśli ustąpi, to ze stanowiska, czyli walczy o najwyższą stawkę. Gra twardziela, który w nosie ma psioczenie europejskiego salonu na autorytaryzm w  tureckim wydaniu. Erdogan zachowuje się tak jakby wytykanie mu dyktatorskich zapędów przydawało mu tylko rangi i znaczenia. Po co mu do szczęścia, mocarzowi, taka schorowana, taka wydelikacona UE?
Rząd Grecji, której gospodarka tkwi w stanie śmierci klinicznej, uznał że trzeba zamknąć publiczne radio i telewizji. Ruch to w UE bez precedensu i zaskakujący, bo chociaż podyktowany względami oszczędnościowymi, daleko wykracza poza sferę ekonomiczną. Jest dowodem na to, że kryzys paraliżując państwo, może demontować kluczowe jego instytucje.  W Grecji mogą dojść do władzy neofaszyści ze Złotego Świtu. 
Na naszych oczach Barack Obama traci liberalny powab i przechodząc głęboką metamorfozę upodabnia  się do George’a Busha. Prezydent USA deliberując cięgle w stylu liberalnym realizuje strategię o 180 stopni od niej odmienną, właściwą raczej dla wyborów ideowych poprzedniego lokatora Białego Domu. Zaskakuje determinacja z jaką broni kontrowersyjnego programu PRISM, głuchy na ostrą krytykę ze strony opiniotwórczych kręgów liberalnej, wyborczej bazy, która gardłowała za nim w dwóch kampaniach wyborczych. Skądinąd groteskowo dziś brzmi skierowane do obywateli hasło „Yes, We Can”.  Być może okaże się za kilka miesięcy, iż kolejny kandydat Demokratów na przywódcę globalnego mocarstwa, aby wygrać wybory, będzie zmuszony od Obamy się odciąć. Chyba że wojna z terrorem wkroczy w nowy boleśniejszy etap, a zwyczajowo  w takich momentach obywatele mobilizują się wokół swojego prezydenta.
Dlaczego najgłośniejszy dziś whistleblower Edward  Snowden uciekł do Hong Kongu, choć wielu komentatorów uznaje ten ruch za zgoła dziwny (wszak Chiny nie są rajem dla dysydentów)  i głęboko sprzeczny z wolnościowych deklaracjami Snowdena? Odpowiedź znajdziemy w dzienniku „South China Morning Post”. Whistleblower przyznał się na jego łamach, że dysponuje dowodami włamywania się hakerów agencji NSA do komputerów ważnych chińskich instytucji. 
O ironio, chiński dziennik publikuje rewelacje w parę dni po spotkaniu Obamy z prezydentem Chin Xi Jingpingiem.Waszyngton miał wówczas przestrzec Pekin przed kontynuowaniem cyberataków i cyberszpiegowstwa wymierzonych w amerykańskie firmy oraz instytucje.  
To następstwo zdarzeń wydaje się mało przypadkowe. Idę o zakład, że Snowden’owi ze strony chińskich władz nic nie grozi, włos  mu z głowy nie spadnie. Hongkong nie będzie się kwapił  w odsyłaniu Snowdena do domu, gdzie z pewnością czeka na niego uniform aresztanta i cela.