Nie mnie spekulować, jak zakończy się sprawa Edwarda Snowdena. Lecz fakt, że o postępach w poszukiwaniu whistleblowera (wspieranego przez Wikileaks) na bieżąco jest informowany Obama, dodaje historii pikanterii. Ciąg zdarzeń układa się już teraz w scenariusz hollywoodzkiego blockbustera.

//platform.twitter.com/widgets.js Zreasumujmy: Snowden demaskuje tajny program PRISM i odlatuje do Hongkongu. W czasie,  gdy strona amerykańska szykuje kolejny (pierwszy dokument z powodów formalnych zostaje odrzucony) wniosek do władz chińskich o ekstradycję Snowdena, ten przemieszcza się do Moskwy. Dziennikarze podążający jego tropem dowiadują się, że kolejny cel jego eskapady to Hawana, skąd – i tu zaczynają się dywagacje – ma skierować się do Ekwadoru lub Islandii, starając się w którymś z tych krajów o azyl polityczny. Kilkunastu dziennikarzy i korespondentów agencyjnych ładuje się za Snowdenem do samolotu w przekonaniu, że będą mieli okazję z nim pogadać podczas 11 godzinnej podróży. Faceta na pokładzie nie ma. Nie serwują na nim także alkoholu, co skrzętnie odnotowują media, nie tyle współczując kolegom po fachu, co drąc z nich łacha.

Gdzie jest Snowden? Jak rzekłem, wstrzymam się z dywagacjami. Jedno wydaje się pewne. Poszukiwany Amerykanin przyznał w wywiadzie prasowym, że jako pracownik firmy Booz Allen najął się przed trzema miesiącami do NSA zdeterminowany, aby upublicznić informacje dot. tajnego programu PRISM. Nie spodziewam się więc, żeby postępował ad hoc, kierując się impulsami. Snowden zaplanował  i przewidział każdy krok, rozpisując scenariusz na role. Takie role wyznaczył też dziennikarzom.
Ciekawe, jak dotychczasowy ciąg zdarzeń widzi ze swojej perspektywy mistrz szpiegowskich intryg John le Carré.