Który to już raz podejmujemy próbę reanimowania ulicy Świdnickiej. Historię jej upadku spisano dobre parę lat  temu i od tego czasu niewiele się zmieniło, remedium brak. Wydłuża się tylko litania narzekań,  ciągle za to żywe ambicje przywrócenia Świdnickiej dawnego szyku i charakteru, choć są to, moim zdaniem, iluzje bajkowe, rodem z pocztówek z przedwojennym Wrocławiem.

Może nadeszła pora, aby nękaną kryzysem ulicę uczynić obiektem eksperymentu? Niech inicjatywę przejmą artyści, designerzy, stowarzyszenia  i mieszkańcy. Z dobrymi efektami testujemy ten wariant na Nadodrzu. Niech więc urzędnicy dadzą zielone światło i trzymają kciuki za powodzenie przedsięwzięcia. 

Ten deptak ma wszelkie zadatki na to, żeby stać się prawdziwą wizytówką miasta: to ważny trakt prowadzący do Rynku, z przypisanym mu – historycznie i urzędowo – prestiżem. Ale na przekór tym walorom nie wywiązuje się z roli, która wynika z ulokowaniem na mapie i na kartach historii. Skądinąd i my nie do końca wiemy, jakiej wizytówki to zmieniające  się miasto (podkreślmy, mierzące w  XXI wiek) i  jego mieszkańcy, naprawdę potrzebują.


Wyświetl większą mapę

Współczesna Świdnicka stanowi wyzwanie dla pieszego: nie zachęca do kontemplacji, wytchnienia,  nie jest przestrzenią, w której spędza się wolny czas. Świdnicką się przemyka, mając wokoło ludzi zmierzających równie pośpiesznie. To jest ulica skrojona jakby na potrzeby maszerujących żołnierzy albo manifestantów. Brakuje jej kameralności i dyskrecji. Zejście w podziemne przejście to podróż w przeszłość, w toporny peerel; uświadamiamy to sobie dopasowując swój krok do źle zaprojektowanych schodów. Późnym wieczorem deptak pustoszeje, grupki młodzieży tkwią zawieszone w mroku, w alkoholowej próżni, między decyzją o powrocie do domu lub wypiciem kolejnego piwa.

Od miejsca tak funkcjonującego do wyidealizowanego pasażu butików znanych marek i projektantów, dzielą nas lata świetlne.  Stan obecny – chroniczny – to brudne, puste witryny, horrendalnie wysokie czynsze, inwazja banków i lumpeksów. Kryzysowa flauta jeszcze bardziej ten trend uwidacznia.  Jak co roku, latem, dziennikarze do tematu „umierającej Świdnickiej” powracają, a urzędnicy po raz n-ty tłumaczą i snują wizje.

Ta powtarzalność nuży, pojawiające się recepty, jak opisana powyżej (zróbmy butikowy raj) nie gwarantują sukcesu, bo przecież niby każdy chciałby, żeby ulica  Świdnicka, jak przed wojną była miejscem prestiżowych i modnych zakupów. Sęk w tym, że większość z nas preferuje galerie handlowe, ale nie dlatego, że brakuje dla nich alternatywy, tylko z tej przyczyny, że w centrach jest nam wygodniej: mamy wszystko w zasięgu ręki. Ratunkiem dla Świdnickiej nie będzie więc najazd luksusowych marek. Po pierwsze, handlowcy muszą poczuć w tym swój interes. A nawet gdyby poczuli, na Świdnickiej nie zaroi się od konsumentów poszukujących ulubionego szaliczka za kilkaset złotych. Kto mniema inaczej, niech odwiedzi Sky Tower, którego oferta jest skrojona właśnie na potrzeby zamożniejszych klientów, a których w przepastnych otchłaniach wieżowca zwyczajnie brak.
 

Najnowszy pomysł to stworzeniu strony internetowej z ofertami istniejących wzdłuż deptaka sklepów. Oby nie zamieniała się w gazetkę promującą produkty „Żabki”.  Z wędrówek po mieście odnoszę wrażenie, że to najbardziej dynamicznie rozwijająca się sieć sklepowa we Wrocławiu. Żabka właśnie kolonizuje Stare Miasto. 

Stronę internetową można wykorzystać inaczej, do dyskusji i konsultowania pomysłów urbanistycznych, ekonomicznych i społecznych. Co złego w tym, że puścimy wodze fantazji? Wizjonerstwo choćby i oderwane od realiów,  otworzy pole do interpretacji, czym ul. Świdnicka jest dla nas, wrocławian i turystów, czym była i jaka być powinna. Otwarta i żywa dyskusja daje szansę przyciągnięcia do Wrocławia, na Świdnicką, takich najemców i inwestorów, którzy cenią wyzwania, chcą działać oryginalnie i niesztampowo. Iść z duchem czasu, kombinować, szukać nowych nisz i rozwiązań.

Nic też nie stoi przeszkodzie, aby zorganizować całoroczny „festiwal” ul. Świdnickiej, animowany przez designerów, poetów, ulicznych performerów, muzyków.  Tak istotna dla Wrocławia, tak eksponowana przestrzeń, powinna buzować energią. Co  do tego jest potrzebne? Kilka ulicznych stanowisk z dostępem do prądu. Wystarczy podłączyć wzmacniacz z kolumną, postawić poręczną, łatwą w demontażu konstrukcję-dekorację. To nie jest skomplikowane logistycznie wyzwanie. Koszt kilku tego typu udogodnień dla artystów różnych profesji nie powinien być oszałamiający, a i na Świdnickiej nie powinno zabraknąć dogodnej lokalizacji. I wcale nie chodzi o spektakularne wydarzenia, na  wyrafinowanym szczególnie poziomie. Liczy się permanentny charakter działań, ich interdyscyplinarność. Gdy deptak zacznie się kojarzyć się z twórczym fermentem, zabawą, stanie się  miejscem spotkań, randek, lunchów, biznesowych spotkań.

Widząc, jak mizerne efekty przynosi dotychczasowe zarządzanie Świdnicką zafundujmy jej trochę szaleństwa, porzućmy myślenie w kategoriach natychmiastowej zyskowności. Jeśli taki pomysł chwyci, przestaną nas razić świecące pustką witryny i bankowe reklamy. Rzecz nie w tym, że te drugie placówki się ze Świdnickiej wyniosą, a na ich miejscu pojawią się prosperujące dzięki wzmożonemu ruchowi knajpki (to na pewne nie nastąpi natychmiast, niczym za dotknięciem czarodziejskiej różdżki). Wraz generowaną uliczną aktywnością zmieni się klimat ulicy. Będziemy ją postrzegać przez pryzmaty mikro-wydarzeń, działań, emocji, zabaw, zapachów, rozgardiaszu intrygującego nieprzewidywalnością, nie zaś przez to, co zastane, niezmienne.

Ustalenie formuły „festiwalu”, jego programu i to na ile mają go współtworzyć instytucje z ulicą Świdnicką związane, a na ile zaproszeni kuratorzy, jest kwestią drugorzędną.  Istotniejsze jest to, aby po latach posuchy, w końcu pozwolić sobie na eksperyment, nie doraźny, lecz rozciągnięty w czasie, z nadzieją, że ludzka kreatywność, inwencja zrobią w końcu swoje.

Akurat kryzysowy okres sprzyja nietypowym wyzwaniom; ma się mniej do stracenia, odważniej sięga po bardziej oryginalne i niesztampowe rozwiązania. Wyników eksperyment nie da się zadekretować, na tym polega jego frajda.

Warto spróbować, może wówczas „Ptaki” Abakanowicz, uwięzione do stalowych prętów, poderwą się do lotu, ulica Świdnicka stworzy swój nowy założycielski mit, nie będzie żyć   tęsknotą za dawno minioną świetnością.