Fotografie przestawiające  odnowiony wrocławski Nowy Targ wywołują u mnie nostalgię.  Zasadniczo źródłem tej nostalgii jest beton i kamień, bo jako tworzywo szczególnie odporne na upływ czasu i zmienność pór roku istnieją, by trwać w różnych odcieniach szarości.  Jakby na przekór, wbrew; w tym przypadku szarości jest w nadmiarze.
Patrzę na zdjęcia i odczuwam dodatkową nostalgię za utraconą szansą. O  ile uznamy, że tworząc nowy obiekt należy panować nad materiałem, a są nim w tym przypadku granit i beton, to na placu Nowy Targ budulec pożarł przestrzeń, wypchnął z niej życie. Minimalistyczny design tylko to wrażenie pogłębia. Oczywiście w obrębie placu pojawią się donice z zielenią, stanie kilka kupieckich namiotów, ale czy uprzyjemnią otoczenie dla oka, sprawią że będziemy się nią delektować, chłonąć miejski gwar?
Zatem mamy gotowe architektoniczne dzieło, którego funkcjonalność zweryfikują dopiero mieszkańcy. Zweryfikują codziennymi wyborami – idąc na zakupy, szukając wytchnienia albo atrakcji – pokażą, jaką rolę w ich życiu pełni ten odnowiony gruntownie fragment Wrocławia. Nie wykluczone, że w geście kontestacji owe miejsce oswoi młodzież, w sposób właściwy dla swego niepokornego ducha.
Akurat jestem zwolennikiem takiego myślenia o przestrzeni publicznej, które przywiązuje dużą wagę do drobnych działań, zmian i udogodnień. Zaczynając od nich, za punkt orientacyjny obiera się potrzeby i zapatrywanie pieszego, rowerzysty, emeryta, niepełnosprawnego, matki z dzieckiem. Uwzględnia się perspektywę tych, dla których istnieje publiczna przestrzeń. To filozofia opisana w artykule „A Streetcorner Serenade for the Public Plaza.  Takiego pragmatycznego myślenia we Wrocławiu mi szczególnie brakuje.

Nowy Targ pozostanie dla mnie terenem do pokonania –  w drodze do celu. W takim wydaniu –  jako minimalistyczny hołd wobec przeszłości (plac był tu niemal od zawsze), jako przykład zachowawczej funkcjonalności – nie będzie ważnym punktem na mojej mapie. Na chwilę przystanę, spojrzę na zegarek i ruszę dalej.