Patriotyczni Europejczycy przeciwko Islamizacji Zachodu  to ambitna (sic!) nazwa. Nie zdziwiłbym się, gdy jej pomysłodawcom chodziły po głowie plany przeorania politycznego krajobrazu Starego Kontynentu. Pegida to jednak fenomen niemiecki. Na Facebooku dedykowaną ruchowi stronę „polubiło” w pierwszych tygodniach stycznia 140 tys osób.

W 19-punktowym manifeście pegidowcy odżegnują się od powiązań z rasizmem. Główny postulat to obrona judeochrześcijańskiej tożsamości i kultury. Liderzy ruchu prowadzą rozmowy z eurosceptyczną AfD (Alternatywa dla Niemiec) postrzeganą przez niektórych komentatorów jako niemiecka Tea Party. W Parlamencie Europejskim AfD należy do grupy Europejskich Konserwatystów i Reformatorów.

Czytając komentarze internautów pod artykułami (np. gazeta.pl) o Pegidzie odnieść można wrażenie, że rychło w kraju nad Wisłą ruch eksploduje. Ton internetowych wpisów jest muzułmanom co najmniej nieprzychylny, mniemać więc można, że antyislamska reakcja i awersja doń padnie na bardzo podatny grunt.

via: http://www.euractiv.com

Dlaczego polska Pegida nie odniesie żadnego sukcesu? Ten scenariusz „demoluje” demografia. Wg danych GUS z 2011 roku wyznawcy islamu stanowili 0,013 procent ogółu mieszkańców Polski. Więcej było buddystów (0,04 procent) i Świadków Jehowy (0,34 procent.). Polska to kraj praktycznie monoetniczny i monokulturowy. Dla porównania w Niemczech mówimy o kilkumilionowej muzułmańskiej społeczności  (5 procent ludności), na dodatek bardzo podzielonej narodowościowo.

Po drugie, od deklarowanej niechęci, awersji, do otwartej i zorganizowanej politycznie wrogości jest daleka droga. Zwykliśmy podejrzliwie traktować „obcych” z zasady, upatrując w nich sprawców swoich życiowych niedomagań i dyskomfortów. Badania socjologicznie niezmiennie pokazują, że duży procent naszych rodaków nie lubi Romów, Rumunów, Ukraińców. Nie darzymy sympatią Arabów, a do np. innych nacji, choćby Niemców, mamy stosunek raczej chłodny.Te postawy wiele mówią o skali resentymentów, uprzedzeń, a nie skali realnych napięć społecznych i nierówności.

I jeszcze jedna rzecz, której nie wolno pominąć kreśląc mentalny obraz polskiego społeczeństwa –  niski kapitał społeczny.  Nasza niechęć i nieufność we wzajemnych codziennych relacjach jest czymś konstytutywnym dla polskiej tożsamości XXI w. To, skąd pochodzimy i jakiego jesteśmy wyznania, nie ma znaczenia. Patrzymy na siebie wilkiem i takie doświadczenie przekazujemy kolejnym pokoleniom. Niestety.

Demograficznego i społecznego paliwa dla politycznych awanturników na szczęścia w Polsce nie ma. To dlatego manifestacja narodowców zorganizowana 11 listopada ub. roku, choć kolejny raz z rzędu – będąc niepomiernie hałaśliwym i rozdmuchanym medialnie wydarzeniem – nie miała przełożenia na realną politykę. Narodowcy ponieśli sromotną porażkę w wyborach samorządowych. I oby tak zostało. Wieczna nadzieja nowej prawicy, Janusz Korwin-Mikke, w Parlamencie Europejskim obsadził się  w roli samotnego groteskowego don Kichota, co niezależnie od sympatii demonstrowanych mu przez polskich sympatyków, gdzie indziej budzi zdziwienie, politowanie i zażenowanie. Nikt poważny polityki „uprawiać” z nim nie będzie.

Jakie będą losy Pegidy? Populizm jest na fali dopóki nie zostanie rozsadzony przez wewnętrzne sprzeczności. Na razie pod jednym sztandarem na ulicach maszerują zwykli obywatele, konserwatyści, eurosceptycy, neonaziści, kibice i prawicowi politycy. Ciągle stanowią ułamek niemieckiego społeczeństwa.  I nawet gdyby tych procent było więcej trudno sobie wyobrazić, żeby formuła ruchu i wąska jego agenda (antyislamizm) oferowały rozwiązania innych bolączek tamtejszego społeczeństwa. Jeśli niemieckie państwo poradzi sobie z islamskimi ultrasami, przeciwnikami demokratycznego i świeckiego porządku po Pegidzie nie będzie śladu.