Światowe Forum Ekonomiczne w Davos nie rozwiązuje globalnych problemów, ale z pewnością nie jest grą pozorów uprawianą przez globalną elitę. Jest szczerą manifestacją określonej postawy i sposobu załatwiania konkretnych spraw. Tak mniemam, tak spekuluję.

W tym roku do Davos zjechało 2,5 tys. osób. Karta uczestnictwa kosztuje ponad 70 tys. dolarów, za udział w aranżowanych dodatkowo tzw. prywatnych sesjach-dyskusjach trzeba zapłacić circa dwa razy tyle. Cena nie jest wzięta z sufitu, jeśli są tacy, którzy są w stanie tyle zapłacić. Niektórzy zachodzą w głowę, ile właściwie prywatnych odrzutowców przyleciało z tej okazji do Szwajcarii. Pada liczba 1700, choć inni sugerują, że chodzi o liczbę lotów.

Zatem, żadne wiążące dla świata decyzje, choć nazwa forum wskazuje na globalne aspiracje, w Davos nie zapadają. Forum jest miejscem „lansu” i rozmowy (debaty są dostępne w necie). Warto posłuchać tych, którzy pociągają za sznurki lub mają o sobie takowe mniemanie. Tematyka robi wrażenie. Interdyscyplinarne ujęcie, chwytliwe hasła emanują troską o kondycję świata: Open Borders: Unavoidable or Unnecessary?, The Human Brain: Deconstructing MindfulnessThe Future of the Digital Economy. Nie przywiązywałbym jednak nadmiernej wagi do formułowanych prognoz. Po czasie okazuje się, że bywają tezy mniej warte niż funt kłaków. Dekadę temu Bill Gates przekonywał w Davos, iż świat w parę lat upora się z plagą spamów. Nic z tego. Gdy w 2006 roku walił się rynek nieruchomości w Stanach, szły w świat z Davos optymistyczne komunikaty, że tąpnięcie podziała ożywczo, otwierając drogę do większej aktywności gospodarczej. Akurat jest na odwrót.

Skąd powszechne przekonanie, że Światowe Forum Ekonomiczne w Davos to mega wydarzenie? Do Szwajcarii zlatują zewsząd tęgie głowy, polityczne samce alfa, rekiny finansjery, dyplomaci, lobbyści różnego sortu, liderzy globalnych organizacji, celebryci. Ten zestaw działa jak narkotyk na każdego maniaka networkingu. Elita, by móc się sycić swą wyjątkowością, jak każde plemię potrzebuje rytuału, który ją cementuje, konsoliduje, reanimuje.

W jakim kryzysie nie byłyby świat,  zlot w Davos nie przyniesie globalnego planu naprawczego, nie pchnie się spraw do przodu. To nie jest też spotkanie grupy wparcia. Nikt nie uprawia w szwajcarskim kurorcie egzorcyzmów ani zbiorowej terapii. Zamiast bicia się we własne piersi, przyznania się do słabości i błędów, deklarowania woli poprawy (jak podczas meetingu AA) mamy spektakl, w którym liczy się prestiż, akcentowanie wpływów, budowanie kręgu koneksji oraz aliansów na różnych polach: towarzyskim, biznesowym, politycznym.  I jeszcze to przemożne poczucie własnej wartości i znaczenia, choć zdaniem krytyków spotkań takie jak to w Davos, owa postawa jest źródłem problemów, za których rozwiązywanie bierze się elita, przekonana o mocy swego sprawstwa.

Dlaczego przywołałem wcześniej ruch AA? Bo inspiruje do postaw, którym obce jest samozadowolenie. Każda grupa AA wymaga od swoich członków ogromnej pokory i szczerość. Są kluczem do prawdziwej zmiany. Tego w Davos chyba jest jak na lekarstwo.