Miasto jak mrowisko, symfonia gigantomanii przytłaczająca urbanistycznym rozmachem. Pekin kojarzy mi się także z dystopią, choć nie tak radykalnie i groteskowo zobrazowaną jak w postapokaliptycznym „Metrze 2033”. W czym rzecz? To miasto ma 23 mln mieszkańców, milion mieszka w piwnicach i dawnych schronach zaadaptowanych na mieszkalne klitki. W latach 80. w Pekinie funkcjonowało 800 podziemnych hosteli. Do tego dochodzą kina, sklepy. Niektóre wydrążono w ziemi przed 40 laty na rozkaz Mao, który uznał że pozwolą przetrwać mieszkańcom naloty radzieckich bombowców (pamiętajmy o wojnie z 1969 roku).  W połowie lat 90. władze uregulowały lokatorski proceder, myśląc o profitach z wynajmu. Obiektami zarządzają menadżerowie w imieniu państwowych agencji.

O tych, którzy zjeżdżają z prowincji do Pekinu w poszukiwaniu pracy i decydują się mieszkać w podziemiach, mówi się szczurze plemię, shuzu.

Czytam o tym na stronie Al Jazeera America. Jedna aluzja  zawarta we wstępie artykułu robi wrażenie szczególne:  brak okien nie stanowi w Pekinie uciążliwości, gdyż mieszkający powyżej nie oddychają czystym powietrzem i rzadko widzą słońce z powodu smogu.