Facebookowy projekt jest ufundowany na monopolistycznych ambicjach. Wzrost jest gwarantem istnienia – ci, co trwają muszą iść do przodu. Rozpędzona współczesność nie ma litości dla maruderów.

Blisko 2/3 populacji nie posiada stałego dostępu do Sieci. Zuckerbergowy globalny projekt  – internet.org – ma ten stan zmienić. Np.w Ghanie, Kenii, Zambii użytkownicy telefonów sięgając po mobilną aplikację oferowaną przez internet.org nie ponoszą kosztów transferu danych. Facebook pracuje nad podobnymi rozwiązaniami m.in. z Samsungiem, Ericssonem. Nokią oraz lokalnymi operatorami  telekomunikacyjnymi.

Twórca społecznościowego giganta mówi o misji, zobowiązaniu wobec przyszłych pokoleń. Powołuje się na badania, według których zapewniając dostęp do sieci miliardowi ludzi, otrzymamy dodatkowych 100 mln miejsc pracy.  

To kalkulacja godna uwagi, jeśli uwzględni się dodatkowo inne globalne bolączki: ubóstwo, brak dostępu do opieki zdrowotnej i edukacji, wykluczenie społeczne i cyfrowe, łamanie praw człowieka. Internet może być narzędziem pomagającym uporać się z tymi problemami i w wielu sytuacjach się sprawdza. Ale telefon z darmowych transferem danych nie jest tarczą i nie uchroni np. przed nagą przemocą albo nie zapewni dostępu do wody. W czasie zbrojnych konfliktów, w rękach terrorystów, przeistacza się w narzędzie walki. Propaganda, dezinformacja, rekrutacja bojowników nie byłyby w takim zakresie możliwe bez dostępu do internetu.

Zuckerberg reprezentuje typ myślenia, w którym przywoływana przez niego „connectivity”, jako podstawowe prawo człowieka, wyzwolona jest z kontekstów i uwarunkowań. Staje się cudowną pigułka. Nie sądzę, żeby twórca Facebooka był utopistą. Jego optymizm i determinacja poparte są solidną ekonomiczną kalkulacją – czynić dobro i zyskać dla Facebooka kilkaset milionów nowych użytkowników.