Z końcem roku obrodziły rankingi, notowania. Z tymi żniwami związany jest  paradoks,  że teraz dowiadujemy się o istnieniu artystów, o których nie mieliśmy pojęcia. Serio.

To nadrabianie zaległości sprawia przyjemność większą niż celebracja czyjejś rynkowej dominacji i sukcesu polegającego opchnięcia 5 tys. kompaktów

Muzyki jest w bród. Co nie oznacza, że znalezienie dźwięków wyrastających ponad przeciętność jest pestką. Szperasz, serfujesz po serwisach www, zajmuje to szmat czasu i okazuje się, że każdy natrafia na coś innego. Trudno to ogarnąć, uporządkować. W ogóle słuchanie muzyki to bardzo indywidualne zajęcie.  Serfowanie też przestało być powszechnym doświadczeniem. Miliony osób nie słucha muzyki lecz  wciąga ją przez Spotify. Jak makaron. Młodzież przesiadła się na smartfony uzbrojone w apki, poznaje świat za oknem  via Facebooka. Bywa, że netowa aktywność ogranicza się do upychania zdjęć na Instagramie i łaskotek na Snapchacie.

Zatem nie spreparowałem rocznego zestawienia the best of. Wystarczy, że inni odwalili robotę. Z paroma podsumowaniami się zapoznałem  i choć każdy autor ma ambicję, aby się od reszty odróżnić,  zwróciły moją uwagę powtarzające się tropy, te same tytuły i nazwy. Na przykład Mgła. 3 -cia płyta projektu Michała Żentary zbiera wyśmienite recenzje. Wszędzie. Innym fenomenem, bynajmniej niesezonowym, jest rezonans, jaki budzi na świecie Stara Rzeka.  Niesie się po necie i dociera do ludu, jak bardzo fajną płytę wydały Nagrobki.

Swoją drogą, fakt że o polskich twórcach coraz częściej się pisze za granicą, daje wiele do myślenia. Prowincjonalizm – właściwie widziany, bez utyskiwania  – może być atutem. Mam na myśli odrębność kulturową, niszowość Polski; nie odnoszę się wprost do muzyki i twórców.

Gdy chodzi o Wrocław, mam kilku faworytów.Czasem, aby się doń przekonać, wystarczyło kilka akordów. Innych widziałem na żywo  i to było decydujące doświadczenie. Niektórzy ciągle nie dają mi spokoju. Ale to pozytywny niepokój i wahanie. Pożyjemy, zobaczymy.  Trzymam kciuki.

Przechodząc do meritum, na początek zastrzeżenie – kolejność jest przypadkowa.

Dead Snow Monster.  Mówię sobie o nich  “dzikość serca”.  Obronią się pod każdą szerokością geograficzną, bo za ich muzyką stoi archetyp ekspresji bliski kilku pokoleniom utożsamiających rock z wolnością. Mam wrażenie, że i chłopaki są tego świadomi i są wystarczająco zwariowani, co dobrze rokuje na przyszłość. Choć przydałoby się, żeby nagrali nową płytę. Od ostatniej minęło parę lat. Polecam ich koncerty. Gitarowa jazda najwyższej próby.

Pepe & Vincent Present. W tym przypadku mamy do czynienia z wyrazistością i konsekwencją, do której niektórzy wykonawcy dochodzą latami. I mam wrażenie, że ich piosenki powstawały z taką łatwością jak niektórzy strzelają palcami.  Do tego ta szczególna filmowa aura towarzysząca muzyce. Jeśli lubicie stan skupienia, nostalgii i ciekawości jakie towarzyszą seansowi, w małej sali, kiedy ogląda się  mistrzów francuskiej nowej fali albo porządne polskie filmy sprzed pół wieku, bez wahania sięgnijcie po P&V Present.

Ukryte Zalety Systemu. Farmaceuta uznałby, że dość oczywiste składniki połączone w zaskakujących proporcjach, dały specyfik o szczególnych właściwościach. Nawiązanie do nowofalowej estetyki lat 80, post punkowy pazur, hard core’owa surowość, minimalistyczna formuła. Niby nic nowego, a jednak przeciwnie.  Żywy dowód na to, że w muzyce możliwa jest zimna funzja jądrowa. Widziałem UZS w małych salkach i przed parotysięczną publicznością. Im więcej, im głośniej, im bardziej napięty reżim, czasowy i organizacyjny, tym lepiej. Do pierwszej płyty wracam często, drugiej oczekuję niecierpliwie. To chyba najbardziej wrocławski z wrocławskich zespołów tchący specyficznym dla tego miejsca undergroundowym duchem. I teksty. Trzeba mieć dużo w głowie i wiedzieć, jak to umiejętnie ująć. UZS to potrafi.

Endy Yden.   W innych okolicznościach i w innym miejscu na ziemi, gdzie rynek muzyczny i shołbiznes nie rządzą się buraczanymi zasadami ten chłopak byłby gwiazdą. Powiedzieć, że Endy jest jak gotowy popowy produkt eksportowy nie jest przesadą.  Jeśli polski pop może mieć nowe oblicze, to Endy Yden powinien o tym decydować.