Być może łomotanina wokół polityki, która trwa na polskim Twitterze jest dowodem frustracji i alienacji pewnego grona odbiorców. Chcą się naparzać, ich sprawa. Co jednak, jeśli amok i nienawiść do oponentów są symptomem poważniejszego problemu? Co jeśli przeniosą się one do przestrzeni publicznej? Mamy wszyscy przechlapane. Niezależnie od barw i sympatii politycznych.

Na Twitterze nie wymienia się poglądów. Raczej padają kalumnie, wymieniamy się inwektywami. Mikroblogowy serwis jest armatą, z której wali się we wroga. 14o znaków to amunicja. Determinacja i konsekwencja, z jaką się rozdaje ciosy, zdobywając poklask i aprobatę liczoną w reetweetach i serduszkach, ciążą ku socjopatii. Swoją drogą symbol serduszka widziany z tej perspektywy nabiera cech perswersyjnych. Na naszym rozpolitykowanym Twitterze serduszko powinno się rozszarpywać.

Socjopata ma ograniczoną zdolność autorefleksji. Odnoszę wrażenie, że Twitter tejże refleksji nie sprzyja, narzucając tempo wyścigu o uznanie i wyróżnienie. Mało kto zaprząta sobie głowę deficytem rzeczowości, umiaru i intelektualnej analizy. Na to nie ma czasu. Nie można ustąpić i przyznać racji adwersarzowi. Przyznając się do błędu minimalizujemy własne szanse na stworzenie wokół siebie plemiona (followersów). Komunikacja między wrogimi plemionami jest szczątkowa.

Dla osoby z zewnątrz wrzawa na Twitterze jest niezrozumiała. Pozostaje niezrozumiała także wtedy, gdy ten ktoś dał się Twitterowi uwieść, założył profil i we wrzawie uczestniczy. Ale ten brak sensu nie wiąże się u niego z dyskomfortem. Dlaczego? Wrzawa ma z zasady niewiele wspólnego z komunikacją. Za to głównym jej wyznacznikiem jest zdolność generowania emocji. To emocje związane z aktem wypowiedzi i jej publicznym zaistniem. Nie ważne zatem, czy jesteśmy zrozumiani. Ważne, że jesteśmy retweetowani.

Nie istnieją niepisane zasady poruszania się w twittosterze, których złamanie narażałoby na krytykę całej społeczności. Jedno plemie wyrzuci, drugie przygarnie i pochwali. Idiota na TT może mieć więcej followersów niż szanowany profesor politologii. I nie chodzi tu tylko o zdolność do pisania błyskotliwych postów, co raczej zajadłość i nieustępliwość w ich tworzeniu.

Przeniesienie relacji oraz praktyk, opisanych powyżej, w sferę prawdziwej agory, do której miana deklaratywnie twitterosfera nawiązuje, spowodowałoby wojnę wszystkich ze wszystkimi. Może stąd bierze się słabość Twittera — jego mechanizm tak odpowiada harcownikom, trollom, niespełnionym bojownikom, a odstręcza ludzi o umiarkowanym temperamencie i dużych pokładach rozsądku.

Piszę o rozpolitykowanym polskim Twitterze, który oponentowi z drugiej strony ma do zaoferowania raczej bana, niż kontrargument, nie mówiąc już o otwartości lub gotowości do ustępstwa. Wyobraźmy sobie dyskusję, w której ban jest fizyczny, namacalny. Dałoby się żyć w takim świecie?