Za liberalizacją przepisów o wycince drzew głosowano 16 grudnia – w Sali Kolumnowej – jak jeden mąż. Nikt nie wstrzymał się od głosu. Projekt przechodził procedurę w takim tempie, że wicedyrektor Biura Analiz Sejmowych uznał, iż „ze względu na pilny tryb (…) pogłębiona analiza tej kwestii nie jest możliwa”. Na koniec nowelę przyklepał prezydent. Gdy w necie podniesiono larum, że na potęgę tną drzewa, prezes PiS, popadając w zadumę, zasugerował, że przepisy mogą mieć coś wspólnego z lobbingiem. On też głosował za.

W tym przypadku nie dmuchano na zimne. Znów Polak okazuje się być mądry po szkodzie. Ale mądry tylko połowicznie, bo minister Szyszko, który drastyczne zmiany firmuje pokiereszowanym autorytetem, idzie w zaparte i prawi o wolności jako o tym imperatywie, który pozwala rąbać na prywatnym terenie. Do głowy mu nie przyszło, że to może być nie gumno, zagroda, lecz zadrzewionych parę hektarów, które możny wykarczować i poczekawszy trochę, sprzedać deweloperowi. A jeśli z myślą o zmianie przepisów kupowano wcześniej działki, które po takim czyszczeniu zyskują na wartości? Przejmujący je inwestor zaoszczędza czas i pieniędze, unika płat, które są naliczane w sytuacji, gdy rusza z budową na zadrzewionej działce. Czy to nie przekręt? Ogromny w skali kraju?

Mówią: prawo własności jest święte, nikomu nic do tego. Uspokajają: jak łatwo się tnie, to i łatwo się sadzi. Słyszałem także, że po Szyszkowej zmianie odetchnęli wiejscy i miastowi, bo mogą wyharatać to, na co do niedawna potrzebna była urzędnicza zgoda, a uzyskanie jej było mordęgą, i że w innych krajach nie ma tak durnych biurokratycznych przepisów.

Zacznijmy więc od tego, że na Północ i na Zachód od ojczyzny Polan, inny ma się stosunek do państwa. To znaczy, inna jest relacja obywatela do kogoś, kto to państwo reprezentuje i vice versa. Inny też jest stosunek do praw i obowiązków. Twierdzi się, że to kwestia protestanckiej etyki i cywilizacyjnego rozwoju. Nie wiem, ale różnice ciągle rzucają się oczy. Widać je i czuć, gdy chodzi się po zasyfionych lasach, łąkach lub utyskuje na smog.

To także kwestia wzajemnego zaufania i poczucia, że żyje się obok siebie i to do czegoś zobowiązuje. Pamiętam moje zdziwienie, gdy szukając w Galway studenckiego pokoju zapukałem do domu, którego właścicielka własnie szykowała się do wyjścia. Zamieniliśmy kilka grzecznościowych zdań, ona stwierdziła: „Wychodzę, sprawdź, czy pokój ci pasuje. Zamknij potem drzwi. Wpadnij wieczorem. Wrócę, pogadamy”. Na tym polega zaufanie. Jak się go nadszarpnie, ma się przerypane i wszyscy na tym cierpią.

Poczucie stabilizacji i przewidywalności są dobrem, na które każdy/wspólnie pracuje. Dekadami. We wszelkich badaniach socjologicznych dotyczących naszej heroicznej nacji, poszkodowanej przez zaborców, kumunistów, Ruskich, Niemców, Cyganów, pejsatych, obcy kapitał, fiskusa, polityków, cyklistów, uchodźców i gejów, stoi czarno na białym, że w porównaniu z innymi nacjami mamy niski kapitał społeczny – nie ufamy sobie nawzajem, nie szanujemy tego, co wspólne, nie chcemy się angażować w działalność społeczną. Ucieczce w prywatność towarzyszy (a może tą ucieczkę wprost odzwierciedla) mania budowania grodzonych osiedli o nazwach ukradzionych scenarzystom filmów Disney’a. Nie inaczej patrzę na domy zasłonięte szpalerem iglaków. Nie łudzę się, to nie z miłości do przyrody, ale w obronnej reakcji na wrogi świat napierający z zewnątrz.

W sferze wyobrażeniowej, wiecznie buzujących fantasmagorii, jesteśmy husarią, szlachtą, panami. A panem jest się tylko na swoim i o to „swoje” trzeba się z innymi użerać. Na marginesie, zwrócił mi uwagę znajomy z zagranicy: u was są sami panowie. Wychodzi na to, że potomków chłopów i robotników jest mniej niż krasnali we Wrocławiu. Sęk w tym, że w rzeczywistości jest na odwrót. A rzeczywistość kształtują nawyki, wzorce i praktyki dziedziczone i wyniesione z domu, o ile ich się w procesie samoedukacji i dojrzewania nie zweryfikuje. Zatem, tniemy, bo to nasze i nic innym do tego. Drzewo jest konkretne, a inne korzyści z niego mgławicowe. Habitat, ekosystem, powietrze, estetyka, architektura krajobrazu, dziedzictwo i ciągłość, tożsamosć, mała ojczyzna, zrównoważony rozwój, biosfera. Co to ku….a jest i co ty do mnie gadasz?

W tym wszystkim jest niecierpliwość i pazerność. Łapczywość trzymana pod kluczem, która wyrwała się na wolność i sieje spustoszenie dążąc do zaspokojenia. Właściwie to minister Szyszko się przyznał, że przepisy zliberalizowano żeby ludziom ulżyć. Nie wziął pod uwagę wartości jakie rodzą się pomiędzy tym, co prywatne i ponad tą prywatność wyrastają niczym to drzewo tworzące wspólny krajobraz za oknem. Ten sposób – jakże wąskiego – rozumowania dyskwalifikuje ministra jako państwowca i naukowca.

Rzeczpospolita to rzecz wspólna i jest w tym ujęciu odwołanie do antycznej republiki. To odwołanie nie oznacza intencji ograniczenia czyjeś wolności, ale zwrócenia uwagi na to, co spaja nasze wolności i interesy, osadza w akcjologicznych ramach. Cycero pisał, bądźmy niewolnikami prawa, abyśmy byli wolni.

W psychologii społecznej opisywane jest zjawisko zwane tragedią wspólnego pastwiska. Polega na tym, że użytkownicy ulegając egoistycznym interesom nakręcają spiralę rywalizacji o dostęp do wspólnych dóbr, prowadzą do ich kurczenia, na czym cierpią wszyscy. Minister Szyszko zachowuje się jak zarządzca pastwiska, którzy puścił wszystko na żywioł. Afirmując złe przepisy, które otwierają furtkę do nadużyć, ośmieszył ustanawiających prawo, naraził na szwank autorytet państwa i samorządu, bo ten rozkłada bezradnie ręce nie mając właściwych instrumentów kontroli i nadzoru. Utwierdził pasterzy w przekonaniu, że dbanie o siebie i o swoje polega na odrzuceniu tego, co choćby symbolicznie uchodzi za wspólne.