Jak we właściwy sposób pomóc osobie napastowanej w autobusie lub tramwaju? I to tak, aby nie doszło do eskalacji napięcia? Parę dni temu w nocnym autobusie zaliczyłem małą lekcję. Dwóch facetów w pijackim zwidzie zawzięło się na kilku młodych Hindusów. Były chamskie odzywki, groźby, mierzenie wzrokiem. Przestraszeni i zdezorientowani Hindusi nie wiedzieli o co chodzi. Zareagowałem odruchowo: „dajcie im spokój albo zaraz wysiądziecie”. Miałem wrażenie, że wikłam się w coś, co skończy się co najmniej przepychanką.  Nie wiem na ile napastnicy byli skorzy do rozróby. W  porę wsparł mnie mężczyzna usadowiony w tyle autobusu.  Znów padło: „dajcie spokój”. Potem odezwał się chłopak czytający książkę – rzucił w kierunku natrętów, że nie może czytać. To podziałało. W międzyczasie Hindusi czmychnęli z autobusu. Jechaliśmy dalej. Obdarzony największym wigorem opój przetoczył się na tyły perorować z mężczyną, który mi wcześniej pomógł. Ten cierpliwie słuchał bełkotliwych historii o miłości, ojczyźnie, ciapatych, podatkach, rasizmie. Słuchał i zadawał pytania, próbując, mam wrażenie, skutecznie przebić się do zapijaczonej głowy z trzeźwym komunikatem o zawiłościach świata i rozsądku. Wtórowała mu partnerka. Atmostera na tyle zelżała, że bibosze wysiadali z autobusu żegnając się gromkim „miłych snów”, czy czymś w tym rodzaju. Groteskowy piruet: od wiszącej w powietrzu bójki po pijacką serenadę. Splot okoliczności, obecność paru rozsądnych osób. Na pewno tak nie działa za każdym razem. Mam wątpliwości, co w takich sytuacjach winien robić kierowca. Razu pewnego zboczył z trasy i pomknął na komisariat – wtedy gdy kibole wzięli się za okładanie harcerzy i polała się krew z rozbitego nosa. Stare czasy, gdy po Wrocławiu jeżdziły skrzypiące Ikarusy. Ciekawe, jakie procedury obowiązują kierowców dzisiaj. I jak mają się o nich dowiedzieć obcokrajowcy korzystający z wrocławskiej nocnej komunikacji.

 

Przez Facebooka, gdzie opisałem ów incydent, przewinęła się dyskusja, w której jeden głos wydał mi się szczególnie konkretny. Jeśli chce się uniknąć eskalacji, warto rozważyć scenariusz przedstawiony wizualnie poniżej.  Nie zawsze próby perswazji i temperowania napastników przynoszą oczekiwany efekt.  Dość często napastnik jest na tyle zamroczony, z pobudzonym gadzim móżdżkiem, że brnie w nieświadomości ku konfrontacji.  To skrajny przypadek, lecz zdarza się często w nocnych autobusach i tramwajach. Kluczowa jest jednak bezpośrednia pomoc napastowanej i znieważanej osobie, by miała poczucie, że nie jest osamotniona wśród zobojętniałych i zlęknionych ludzi.

27751609_10213922664799754_7832073161835029187_n.jpg