Sondażowa dominacja PiS (zimą 2018 r.) pokazuje, że do sukcesu wystarczy utrzymywać elektorat w stosownym pobudzeniu, co rusz animując polskiego zbiorowego ducha.  Tak też skonstruowany jest medialny przekaz: my idziemy do przodu, chcemy dobrze, inni rzucają nam kłody pod nogi. W tej mobilizacji, legitymizowanej godnościową retoryką, tkwi źródło sukcesu Prawa i Sprawiedliwości.  Nie jest to jedyne źródło – ma głębokie znaczenie dobra sytuacja gospodarcza. Trzeba także docenić  zwrot socjalny, na czele ze sztandarowym projektem 500 plus.

O co chodzi ze wspomniają powyżej mobilizacją? Otóż najpierw,  jakże intesywnie, w oczach wielu  zasadnie i przekonywująco, PiS obronił 37-milionowy naród przez „zalewem” kilku tysięcy uchodźców. Potem dał odpór wrogiej UE i totalnej opozycji, sprzedawczykom donoszący na ojczyznę. Teraz bierze się za antypolonizm nakręcany przez Izrael. Ciągle mamy do czynienia z czymś, co Polacy, w poczuciu upokorzenia i jawnej niesprawiedliwości, muszą pokonać. Tak się składa, że to powracające wątki, my lubimy wrzenie i zrywy. To taki-niby-kręgosłup narodowej tożsamości.  Są w nas, w społeczeństwie, pokłady niedowartościowania i poczucie dziejowej krzywdy, więc polityczne motywy, o których tu mowa, padają na podatny grunt.

To smutne i paradoksalne, że poparcie rządzącej partii, która wiele mówi o wstawaniu z kolan, wiąże się z także z głębokim konfliktowaniem Polaków.

Wewnętrzne skłócenie wynika z określonej kalkulacji: my kontra oni. Plemię kontra plemię. Na tej samej ubitej ziemi.

Nie mam złudzeń – każdy miesiąc rządów PiS przynosić będzie dalszy spadek kapitału społecznego. Nie będziemy sobie więcej ufać i na sobie polegać. Przeciwnie, będzie duszniej, cyniczniej, bardziej arogancko i atawistycznie.
Pesymizm nie ogranicza się do naszego podwórka. Na arenie międzynarodowej Polska przesunęła się w rejony, gdzie owszem, może do woli trąbić, że jest w końcu suwerenna, ale nic z tej deklaracji nie wynika. Niech ktoś wskaże korzyść bycia „europejskim liderem” i tych których rzekomo za sobą prowadzimy, wreszcie tych, którzy się z nami liczą. Jak na razie atutem bycia „wyróżnionym” jest pogłębiająca się izolacja. Do tego dochodzi nieporadności w dyplomatycznych zabiegach. Ten brak zborności w gaszeniu konfliktu z Izraelem jest szczególnie rażący.

A przecież przekaz słany do narodu był taki, że nowy premier ma poprawić to, co nabroiła lub poprawić nie była w stanie jego poprzedniczka.  Elastyczny, technokratyczny, ex-bankier biegły w języku angielskim, M. Morawiecki, miał uspokoić nastroje i zaskarbić zaufanie liderów UE.  Miał ich przekonać do naszych, polskich, pisowskich racji, Skutek jest odwrotny od zamierzonego.

Tak złej prasy w świecie Polska nie miała od lat. Prowizorkę uosabia dziwny twór jakim jest Polska Fundacja Narodowa i jej marne spoty.


Należałoby przyhamować, opanować nacjonalistyczną gorączkę, sięgnąć po pragmatyzm.  Czy taki zwrot w polityce zagranicznej, która służy PiS do uprawnia polityki krajowej, jest możliwy? Pewnie w szeregach partii nie brakuje głosów, że trzeba trochę spuścić z tonu. Jednak  jak to wytłumaczyć elektoratowi – który uwierzył w geopolityczną sprawczość godnościowej propagandy – by nie padło, że ta przemiana to zdrada ideałów?

Jest jeszcze jeden problem, strukturalny. Kto w szeregach  pisowskiej elity, i w jaki sposób, miałby konserwatywnemu elektoratowi opowiedzieć o mierzenia się z cywilizacyjnymi wyzwaniami – o starzeniu się społeczeństwa, populizmie, kryzysach: państwa socjalnego i demokracji przedstawicielskiej, o rewolucji technologicznej i katastrofalnych zmianach klimatycznych?

W pisowskiej opowieści o Polsce jest miejsce na elegie o węglu, żołnierzy wyklętych, katastrofie smoleńskiej, rechrystianizacji Europy, Lechitach, centralnym lotnisku,  elektrycznych samochodach i atomowej elektrowni. Pracując na sondażowy sukces PiS o cywilizacyjnych i generacyjnych wyzwaniach ani się nie zająknął, pominął je, usunął z widoku, mobilizują ludzi do walki, której znaczenie jest symboliczne. Walki w  dużej części  sprowadzającej się do  eksploatowania toposów martyrologicznej historii. To zwrócenie się ku czasom minionym, odzwierciedlone w języku, ideach i postawach, oznacza odwrócenie się plecami do tego, co na horyzoncie. Inni idą do przodu, my się cofamy.