O dewastowaniu przestrzeni w polskich miastach można pisać w nieskończoność. Ten proces, napędzany deweloperską aktywnością, nie da się określić jako rozwój. Należy go nazwać mutacją. To pojęcie zawiera element trwogi i niepokóju, a one są niezbędne w opisie sytuacji, która wymyka się spod kontroli i sugeruje złowrogi kres.

Porównując miasto do żywego organizmu można napisać, że jedna z jego kończyn rozrasta się do rozmiarów większych niż korpus. W tym samym czasie kilka innych organów zmienia swoje funkcje lub w ogóle zanika. Zamiast poruszać się na prostych nogach musimy pełzać, bo ten rodzaj ruchu, w tym naznaczonym deformacją ciele, jest bardziej stosowny i skuteczny. Powoli zaczynamy się do tego przyzwyczajać i kolejni generacje znajdą w tej patologii źródło komfortu i satysfakcji. Przywołam Stefana Kisielewskiego (?): „Jesteśmy w dupie, ale najgorsze, że zaczynamy się w niej urządzać”.

O żywiole deweloperskim pisałem wielokrotnie i będę się tego określenia trzymał, z kasandrycznym uporem, bo żywioł oznacza m.in. spustoszenie. Bywa złowrogi i trudno go poskromić. W tym przypadku napędem jest dążenie do maksymalizacji zysku znoszące wszelkie ograniczenia i blokady, z których poczucie smaku, znajomość miary i troska o ład są tak ważne jak chustka do nosa, w którą można się wysmarkać i wyrzucić. Kasa włożona w inwestycję ma przynieść jeszcze więcej kasy i o to w tym pospolitym pazernym poruszeniu się rozchodzi.

Nowe osiedla powstają nie z troski o rodzinę i standard życia uznane jako wartość kardynalne, nadrzędne, o które urzędnik departamentu architektury lub rozwoju miasta będzie się bił – zza biurka – jak Spartanie pod Termopile. To budowanie, na które urzędnicy patrzą jednym przymrużonym okiem, nie jest wyrazem utylitarnej społecznikowskiej pasji, troski oraz potrzeby. Sorry, nie budujemy dla innych i na wieki.
Chamsko to ujmę: liczy się kasa i chuj, a potem długo, długo nic i cała reszta.

Dobrze wiemy w czym rzecz, bo wielu z nas kupuje mieszkania także po to, aby na ich wynajmie zarobić. Jasne że każdy chce żyć na swoim i jest w tym autentyczna, godna zaspokojenia potrzeba niezależności. Problem w tym, że potrzeba posiadanie własnego kąta, suma tych wszystkich kątów, nie składa się w piekną, dającą satysfakcję i komfort wspólną przestrzeń.
Z tym naszych enklaw, rozsianych po wrocławskich rubieżach, nie wiodą proste drogi do szkół, miejsc pracy i parków. Te nowe osiedla, ogrodzone płotem, to rodzaj chowu klatowego.


 

Codziennie mijam tereny opanowane przez deweloperski żywioł  – widzę w nich przejaw gwałcielskiej huci. Teren inwestycji wygląda jak pobojowisko. Syf i destrukcja.
Na tym wydartym z krajobrazu, pasie poharatanej ziemi (zdjęcia) stanie budynek otoczony rachityczną zielenię i drucianym płotem. Wczoraj pomiędzy zrzuconymi między drzewa betonowymi płytami biegały bażanty. To było ich siedlisko. Niedaleko w wysokiej trawie pasły się sarny i żerował borsuk. Biologiczne detale zostaną łyżką koparki wymazane z mapy. I tak były niewidoczne dla osoby, której zmysły i intelekt dostrojone są od miejskiego rytmu: dom-samochód-praca-internet.

 

29751020_1804520199844650_2093559678_n

W nowym budynku, który wyrośnie ponad linie ostatnich kilku drzew, lokatorzy zajmą kilkadziesiąt metrów kwadratowych kredytowanego komfortu i prywatności, z widokiem na stojący w odległości kilku metrów kolejny budynek. Mieszkańcy będą się spotykać codziennie na parkingu, jeśli mijanie się i dyskretne boje o miejsca postojowe można nazwać spotkaniem. Potem pojawi się zmęczenie podróżami do szkoły, nie tak blisko zlokalizowanej. Jazdą do przedszkola i pracy. To wszystko, co jest tak ważne, z każdym miesiącem będzie nabierać jeszcze większego znaczenia i stanie się paląco potrzebne. Aż w końcu pojawi się myśl, by z tym zielonych kiedyś obrzeży wielkiego miasta się wyprowadzić i przenieść gdzieś bliżej, gdzie krajobraz jest rzeczą trwałą i dającą poczucie przynależności do czegoś niezmiennego, więc daje otuchę i cieszy oko. Skąd wiodą wyznaczone dziesiątki lat temu te same ścieżki do tych samych parków i ławek. Gdzie szkoła jest niedaleko przychodni, a przychodnia blisko boiska i poczty, i urzędu, i że można te odległości pokonać spacerem lub przejechać jeden przystanek autobusem.


 

Miasto to domy i to, co istnieje pomiędzy mimi. Im bardziej jesteśmy tego świadomi, tym lepiej planujemy miasto. Jak widać, to wcale nie jest tak oczywiste.
Znaczenie ma edukacja rozumiana jako nabywanie umiętności rozpoznawania piękna, także w naturze i korzyści jakie z tej wiedzy dla nas płyną. W mieście do życia potrzebna jest cisza, spokój, świeże powietrze, cień drzewa, czasem szelest listowia poruszanego wiatrem, śpiew ptaków, miłe zapachy, trawnik, łaka po której można się boso przebiec. Koi nas zieleń i błękit. W pięknym otoczeniu ludzie stają się piekniejsi i czują się lepiej. Odpycha nas brud, tłok, chaos i hałaś. Generują niechęć, dystans, awersję, irytację.

Jest w nas głód czegoś lepszego. Odwiedziłem znajomych w ich nowym mieszkaniu. Wkładają wiele niewymuszonej troski, aby prywatnej eklawie nadać charakter i urok. Widać w tych poczynaniach designerską biegłość, umiar i wyczucie smaku. To piękne, kameralne mieszkanie dla rodziny, kota i psa. Wszystko w swoim naturalnym porządku. Sporo zieleni. Tylko ten widok za domem, jakże kontrastowy. Tam gdzie kończy się działka roztacza się pobojowisko po deweloperze: rury, beton wylany w trawę, jakieś kable sterczące z ziemi. Gdy zbliżyłem sie do okna aby spojrzeć na ten księżycowy krajobraz usłyszałem: „Proszę tylko nic nie mów, a najlepiej to nie patrz”.


 

Szukam w tym  naiwnym narzekaniu podobnych głosów i tonów.
Szczepan Twardoch napisał felieton pod zaczepnym tytułem: „Hipoteza spiskowa na temat deweloperów i aborcji”. 
Wydłuża się lista skarg i krytyki paskudnego pomysłu specustawy dedykowanej deweloperom, która ma uwolnić ich z ram już nie tyle „restrykcyjnych” uwarunkowań prawnych, co z ram zdrowego rozsądku. Proszę czytać, wyrażać swoją opinię.

Jak w końcu sprzedadzą we Wrocławiu te wszystkie miejskie działki i konsekwetnie je zabudujemy, to prezydent wówczas ogłosi, że od dziś będziemy ładnie mieszkać? Obecny prezydent już dawno się ze swojego miasta wyprowadził.