Problemem Warszawy, Wrocławia, Olsztyna lub Bydgoszczy  nie jest konfrontacja „nowego mieszczaństwa z żulią”, choć temperatura reakcji wywołanej kuriozalnym tekstem Janusza Majcherka pt. „Możemy być razem w galeriach handlowych, ale mieszkać z biedotą nie będziemy.”, sugeruje iż autor dotkął wrażliwego punktu. Owszem, artykuł zapada w pamięci, ale dlatego że przynosi porcję manierycznego żargonu, który więcej mówi o stereotypach i uprzedzeniach niż o jakości naszego miejskiego życia.
Zasadnicze problemy kumulują się na linii: planowanie miasta – sprzedaż gruntów – nadzór budowalny.  I o tym należy pisać.  Kluczową rolę odrywa jakość przepisów, norm i przestrzennych planów oraz ich egzekucja. Jeśli w tej sferze popełnia się błędy, dochodzi do zaniechań, to skutkiem jest m.in. zdewastowana wspólna przestrzeni.  To przekłada się na jakość życia i jego rosnące koszty. Także po stronie gmin. Od niedbale zaprojektowanego miasta nie uciekniemy do handlowych galerii, o których Janusz Majcherek pisze jako miejscach oferujących dyskretny komfort. Chyba, że miał na myśli galerię pełniącą rolę schroniska lub  schronu.
Polskie miasta są dotknięte zrywem deweloperskim, który tylko w części ma na celu  zaspokajenie mieszkaniowego głodu. Głównie chodzi o zysk. Obserwujemy także zjawisko polegające na wykupywaniu całych pięter przed rentierskie firmy i osoby w lokalizacjach, które uchodzą za atrakcyjne. Wykupywane nie po to, żeby zamieszkać, lecz spieniężyć w dogodnym momencie. Mieszkania stoją więc puste. Gminy sprzedają działki nie tylko dlatego, że reagują na mieszkaniowe potrzeby obywateli, lecz z potrzeby podreperowania budżetu. Urząd troszczący się o mieszkaniową substancję łożyłby bowiem na nowe lokale  i osiedla komunalne – dobrze zaprojektowane i funkcjonalne. A tak się nie dzieje w zadawalającym stopniu.
Zryw deweloperski kiereszuje i niszczy wspólną przestrzeń, a bez niej miasto nie istnieje jako organizm.  Wysyp grodzonych kompleksów nijak nie przekłada się w spójną całość. W mojej okolicy są nowe osiedla, na których nie postawiono żadnej ławki, nie ma placu zabaw, albo zielonego skweru.
Maślice są przykładem podręcznikowego urban sprawl. To miejsce, dotąd zdominowane przez małą zabudowę związaną z uprawą roli, pozbawione jest dobrej sieci komunikacyjnej z resztą Wrocławia. Chaotyczna zabudowa rośnie w ekspresownym tempie. Deweloperski interes nakazuje skomasowanie jak największej liczby mieszkań na małym terenie. Do tego nie  uwzględnia się zmiany potrzeb związanych choćby z faktem, że rodziny będą się rozrastać, a społeczeństwo starzeć.
Ten film traktuje o Maślicach. Jest rodzajem dokumentacji, która może się przydać, jak za parę lat powróci pytanie, dlaczego decydenci nie potrafili zatrzymać procesu chaotycznej rozbudowy i kto za to ponosi odpowiedzialność.