Całkiem niedługo, 21 października, wrocławianie i wrocławianki, stanowiący miejszość wobec tych, którzy zwykle do wyborów nie chodzą, podejmą próbę wskazanie nowego prezydenta Wrocławia. Rafał Dutkiewicz jest nim od 16 lat. Dla kogoś kto miał lat 10, gdy Dutkiewicz wprowadzał się do ratusza, jest to niemal wieczność.

To będzie pierwsza próba, bo niechybnie 4 listopada dojdzie do dogrywki. Nie sugerowałbym się dotychczasowymi publicznymi sondażami. Po pierwsze, to sondaże głównie telefoniczne – są zamawiane i ujawniane głównie przez środowiska biorące udział w wyborach. Wyniki istotnych badań są trzymane w tajemnicy. Po drugie, respondenci podejmują decyzje w oparciu o szczątkową wiedzę i mniemanie, a kampania toczy się w żółwim tempie i na razie nie ma czym się emocjonować w rozmowie z sąsiadem.

To z jakim trudem i niejednoznacznością niektórzy kandydaci do prezydenckiego fotela nam się objawili, utrudnia wskazanie faworyta. Wystarczy odświeżyć sobie historię z wymianą jaką zaserwowała nam Platforma Obywatelska. Mniejsze o szacowne nazwiska, wystarczy wspomnieć, że za trzecim razem stanęło na Jacku Sutryku, pierwotnie wskazanym przez prezydenta Rafała Dutkiewicza (z Platformą wcześniej skonflitowanego). Jacek Sutryk jest społecznikiem i urzędnikiem. Z polityką nie miał dotąd za wiele wspólnego. Dziś jego najbliższe otoczenie to właśnie osoby z politycznej orbity. Społecznicy są w drugim, a może dalszym szeregu. Tak to wygląda. Dość powiedzieć, że poparcie dla niego jest efektem aliansu na poziomie centralnym i to pewnie partyjni liderzy pilnują z oddalenia, czy wszystko we Wrocławiu idzie wedle partyjnych ustaleń.

Poseł Michał Jaros (Nowoczesna), który chyba jako pierwszy we Wrocławiu ogłosił start w wyborach na prezydenta, z wyścigu zrezygnował, dołączając do ekipy Jacka Sutryka. Ale jego prezydenckie billboardy będą wisieć pewnie do listopada i dłużej. Rok 2019 to także rok wyborczy.

Lewica jest rozczłonkowana. Partia Razem startuje z Martą Lempart ze Strajku Kobiet, która ogłosiła start chwilę potem, jak aspiracje prezydenckie potwierdziła Małgorzata Tracz z Zielonych. To wygląda na wyścig po głosy tego samego środowiska i siostrzobójczą walkę.
Razem, Zieloni i ruchy miejskie układali się parę miesięcy temu, ale z tego oczywistego porozumienia pozamainstreamowych i stosunkowo młodych bytów nic nie wyszło. Kładę to na karby nie tyle przerostu ambicji, co kłopotów z wyjaśnieniem sobie na czym polega współpraca i zwieranie koalicji. Innymi słowy, jak wszędzie w Polsce, tak i tu, dała o sobie znać nieumiejętność pracy zespołowej.

Ruchy miejskie okazują się być raczej bez-ruchem. Towarzystwo Upiększania Miasta Wrocławia nie bierze udziału w wyborach choć jest to byt o wyrazistym wizerunku i marce wypracowywanej latami. TUMW odpuszcza pola, ale nie nazwę tego rejteradą (powód – patrz wyżej). Nie wiadomo co dalej z Akcją Miasta. Szyld sugeruje, że z wyborami powinna mieć wiele wspólnego, bo lepszej okazji do walki o miejskie sprawy, a więc o lepszy transport miejski, bezpieczeństwo pieszych, jakość zycia, zieleń i kwestie osiedlowe trudno sobie wyobrazić. Tym bardziej, że aktywiści z Akcji Miasto startowali do rad osiedlowych, więc jak się mówi „a”, to należałoby powiedzieć „b”. Co istotne, Akcja bierze udział w ogólnopolskich i sensu stricto politycznych działaniach jak np. protest przeciwko specustawie lex deweloper, którą wprowadził rząd PiS.

Trochę aktywistów i tzw. osiedlowców, czyli osób, które na swoim terenie stara się powalczyć o sprawy drobne i ważne, skupiło się wokół Jerzego Michalaka. To członek zarządu województwa dolnośląskiego; wspierany przez Dolnośląski Ruch Samorządowy. Konia z rzędem temu, kto jest na tyle biegły, by opisać z czym w wymiarze politycznym mamy do czyniania – co się za tym szyldem kryje i jakie reprezentuje poglądy w kwestiach targających emocjami Polaka. RDŚ nie jest szyldem tak nośny jak PO, PiS czy Nowoczesna. Jeśli ktoś jednak jest zdania, że mała rozpoznawalność przekreśla szanse komitetu Jerzego Michalaka jest w głębokim błędzie. Skupił wokół siebie ludzi, którzy problematykę miejską mają w jednym palcu. Nie chciałbym być w skórze tych, którzy – jak spadochroniarze lub królik wyciągnięty z kapelusza – objawią się „plakatowo” na osiedlach, by robić sobie kampanię. Jeśli ktoś miesiącami lub latami pracował u siebie na reputację, organizował społecznikowskie środowisko, nabierał doświadczenia, nie da sobie w kaszę dmuchać.

Ekipa Jerzego Michalaka startuje pod hasłem #idzieNowe i jest w tym sformułowaniu rodzaj energii, rzekłbym niekonfrontacyjnej. Idzie nowe, a może bardziej jedzie, bo przez ostatnie miesiące Jerzy Michalak bardzo dużo mówił o kolei i potencjale z nią związanym. Nie będę wchodził w szczegóły, ale dobrze wiadomo, że rozwiazanie problemów komunikacyjnych we Wrocławiu jest wyzwaniem, a stawianie na kolej to konieczność i szansa. Kilkoro młodych liderów i liderek taką zmianę uwiarygadnia, przynajmniej wizerunkowo. Czy to wystarczy? Okaże się na osiedlowych spotkaniach. Tu trzeba będzie być niezmordowanym i wytrwałym, gdyż kampania to monotonnia, powtarzalność i czasem walenie głową w mur. I nie ma co się łudzić – mieszkańcy nie wypatrują kandydatów z wypiekami na twarzach. Jeśli jednak ktoś uważa, że zaskarbi sobie uznanie tylko produkując posty na Instagramie i Facebooku, to głęboko się rozczaruje. Kluczem do sukcesu jest kampania prowadzona „od drzwi do drzwi”, bezpośredni kontakt, rozmowa.

Zasadniczych pojedynków jeden na jeden, w radio i w telewizji, nie będzie wiele. Zdarzyć się jednak może, że zabłyszczy w nich ktoś nowy, z drugiego planu i sprawi niespodziankę. Wszyscy wypatrujemy czarnych koni, a że pierwszy garnitur samorządowy, czyli główni gracze, trochę się opatrzył, okoliczności sprzyjają nowym twarzom, osobom kompetentnym, zdeterminowanym i niezgranym.

Jacek Sutryk sięga po hasło „kontynuacja”. Jeśli przez dwa miesiące we Wrocławiu nie wydarzy się jakaś wtopa, kontynuacja będzie atutem, bo nic innego wielu wrocławian, zadowolonych z poprzednich lat, nie oczekuje jak kontynuacji i świętego mieszczańskigo spokoju. Gorzej będzie, gdy coś tąpnie i się zawali. Wówczas, w nagłym trybie trzeba będzie zmienić taktykę i retorykę. Nie miałem sposobności, by obserwować jak Jacek Sutryk kogoś zdecydowanie publicznie krytykuje, gani lub stawia ultimatum. Nie wiem, na ile jest teflonowy i na ile jego środowisko jest wprawne, zorganizowane żeby ewentualne problemy w szybkim tempie neutralizować.

Prawa i Sprawiedliwości kampanii nie dostrzegam i jest to dla mnie jak na razie największa zagadka. Wcale nie uważam, że kampania w jego wydaniu będzie konfrontacyjna. Nie przypuszczam, aby jej osią były gospodarskie wizyty związanego z Wrocławiem Mateusza Morawieckiego. Takie wyzyty niechybnie wiązałyby się z protestami antypisowskiej opozycji. A nie wiem, czy tego typu wzrost emocji jest przez PiS oczekiwany, bo chyba kluczem do ewentualnego sukcesu jest pozyskanie umiarkowanych wyborców. Sęk w tym, że umiarkowani wyborcy interesują Jacka Sutryka, który z kolei ma ten problem, że wspiera go „totalna opozycja” od umiarkowania ciążąca mocno w stronę obywatelskiej mobilizacji.

Niewiadomą dla mnie jest frekwencja. Od lat zachodzę w głowę, dlaczego w kwestiach dla codzienności tak istotnych jak miejska przestrzeń i infrastruktura, jesteśmy w większości tak wycofani w prywatność, którą najpełniej oddaje szpaler tuj, jakimi obasadziliśmy granice posesji. Rafał Dutkiewicz został wybrany na prezydenta w drugiej turze, wzięło w niej udział 34 procent uprawnionych do głosowania. I to był ten moment, kiedy pierwszy raz w swojej karierze samorządowej stanął przed ryzykiem spektakularnej porażki. Emocjonowało się tym circa 30 procent dorosłych wrocławian.

Polacy zobojętniali i wycofani, budują największy obóz polityczny. To nie jest tak, że są to niezmiennie ci sami ludzie. Fluktuacja jest spora, ale spina ten „fenomem” rodzaj przekonania, że uchodzi z ową obojętnością dumnie się obnosić. a jeśli nawet nie chwalić, to przedstawiać jako coś normalnego, a przecież jest do rodzaj odstępstwa od uniwersalnego założenia, które czyni demokrację czymś realnym i praktycznym.

Jacek Harłukowicz, dziennikarz Gazety Wyborczej, niedawno nakreślił sylwetkę Jacka Sutryka, siegając po wyrazistą scenkę, w której podczas wspólnej kawiarnianej pogawędki, przy bezalkoholowym piwie, Jacka Sutryka zagaduje podpity jegomość o „aparycji kibola”. Rozpoznał kandydata i choć jego piwem pogardził, rzucił na odchodne, że i tak na niego zagłosuje. Zabawne, nieprawdaż? Przewidywania na tej podstawie o wyjątkowej rozpoznawalności, której nie zakłóca nawet nadmierne spożycie, byłoby raczej nadużycie względem zdrowego rozsądku. Ale kto wie, jak będę na to patrzył 4 listopada, po ogłoszeniu wyników drugiej tury.

Na niespełna dwa miesiące przed wyborami mamy możliwość odnotowywania różnych, także poważnych „scen”, deklaracji, wypowiedzi i stanowisk. Nie wyłania się z tego całościowy obraz tego z czym będziemy mieli za chwilę do czynienia. Akcja jest raczej ospała.
Na obecną chwilę, a piszę to 55 dni przed głowaniem, nie wiemy nic o osiach sporu, o ewentualnych wyborczych zawieszaniach broni. Być może dojdzie do rywalizacji w obozach ideowo sobie bliskich. Obyśmy byli zaskakiwani, ale w umiarkowany sposób. Wolałbym też coś konkretnego i związanego z systematycznym podejściem, niż z prowizorką i spontanem, w których jesteśmy mistrzami.