61813669_816861608700996_472817874281431040_n.jpg

Wycinanie drzew w okresie lęgowym jest zabronione – tak zwykło się twierdzić i choć teza nie ma za mocnego umocowania w prawie, to paradoksalnie, trwanie w rozpowszechnionej i akceptowanej niewiedzy, w pewnym stopniu chroni ptaki i drzewa. Tam jednak, gdzie wiedza jest, drzewa lecą i nie można temu skutecznie zapobiec, powołując się na prawo.

Po kolei. Zaprotestowałem przeciw wycince drzew w okresie lęgowym. Maj. Działka porośnięta krzewami, młodymi dębami. Akacje plus piękne poniemieckie jabłonie. Parę świerków. Wiosną świergot od rana. Odezwały się głosy, że w takim razie powinienem zawiadomić policję. A co jeśli inwestor zamawiający drwali ma opinię ornitologa, że ptaków w tym miejscu nie ma? Tak było i wszyscy zaalarmowani połączyli się w bezradnym rozkładaniu rąk. Straż miejska, policja, która w ogóle niewiele na temat ochrony przyrody wie i wreszcie urząd miejski Wrocławia. O nim też wspominam, bo jak nie wspomnieć, jeśli tyle w swoich kanałach social media, podczas konferencji prasowych, sadzenia drzewek i spotkań, mówi o zielonym Wrocławiu i zrównoważonym rozwoju. Urząd też rozłożył ręce i polemizując ze mną w internecie, zasugerował, że jeśli jest ornitologa opinia, to widać regionalna dyrekcja ochrony środowiska (RDOŚ) musiała wydać zgodę na wycinanie drzew. Wait? Czy ona w ogóle o całym zamieszaniu wiedziała?

Inwestor zlecił ornitologowi wykonanie ekspertyzy, czy można ciąć. To fakt. Ornitolog uznał, że owszem: ciąć można. Ptaki są na działce „tylko przelotem”. Choć na zdrowy rozum i według uszu moich sąsiadów, ptasie trele niosło się po okolicy od lat, wiosną szczególnie. Teren latami zarastał. W chaszczach żył borsuk, bażant. Widziano tam sarny. Dlaczego miały by go omijać ptaki? Dziwne, nieprawdaż? Na nasze prośby słane do inwestora (działam w lokalnym stowarzyszeniu), by wstrzymał się z wycinką i ponownie sprawdził teren, odpowiedź była najpierw zerowa, potem zdawkowa, via linkedin, że „zaapelujemy do głównego inwestora”. Niby apel odniósł skutek, bo drwale zniknęli, ale wraz z nim większość drzew.

Napisałem więc w nocy do RDOŚ i tu bęc! Następnego dnia, przed południem, przyszło pismo, że inwestor ma przerwać pracę, dostarczyć ekspertyzę ornitologiczną i sporządzić kolejną. Chwila? Dostarczyć ekspertyzę? Czyli regionalna dyrekcja ochrony środowiska nic o wycince nie widziała?! Widział o tym urząd miejski, ale dalej sprawy do RDOŚ nie pchnął. Zrobiłem to sam, w sumie przypadkowo, nie kierując się żadnymi przepisami, tylko kalkując na zdrowy rozum.

 

Tak więc wycinka drzew została zatrzymana. Ale uwaga: RDOŚ nie będzie dalej analizował sprawy, bo jak otrzyma nową ekspertyzę zamówioną (znów) przez inwestora u dowolnego ornitologa, to zgodę na wycinanie drzew raczej wyda. Być może inwestor będzie zmuszony dokonać jakiejś rekompensaty w związku ze zniszczeniami. Jakich? Tego nie wiadomo, bo przepisy nie precyzują – tak twierdzi mój znajomy ornitolog. Czy więc wydarzyło się cokolwiek niezgodnego z prawem? Raczej nie zdarzyło, bo RDOŚ organów ścigania o złamaniu prawa nie zawiadomił i nie zamierza. To też usłyszałem od urzędnika prowadzącego sprawę.

Właściwie inwestor nie miałby w ogóle problemu, gdyby z gotową ekspertyzą udał się do RDOŚ po zgodę.”Mamy gniazda, ale puste, prosimy o zielone światło”. I taką zgodę najprawdopodobniej by dostał. Tak to działa.

Nie zrobił tego, wybuchła afera. Jednak jeśli ktoś jest sprawny i cwany, zna przepisy, to dokonując paru prostych zabiegów (napisanie pisma i zleceniem ekspertyzy), upora się z drzewami i ptakami na swojej posesji w mig. Okres lęgowy nie jest wielką przeszkodą.

Czy inwestor wynajmujący ornitologa oczekuje od niego, że ten będzie mu rzucał kłody pod nogi? Inwestor płaci za załatwienie sprawy, a nie dodatkowe kłopoty. Co z tego wynika? Bezstronność może zapewnić tylko niezależny ornitolog, któremu płaci nie zlecający ekspertyzę lecz ten, kto jest zainteresowany bezstronnością. Dlaczego takich ekspertyz nie zleca RDOŚ? Przepisy stoją na przeszkodzie? Usłyszałem od pracownika dyrekcji, że nie ma na to pieniędzy.

Gdzie w tym wszystkim jest urząd miejski? Po pierwsze, on niewiele może. Ta mantra o niemocy  i skrępowaniu przepisami wypowiadana jest przy wielu tego typu sytuacjach dotyczących kwestii ochrony środowiska. To usprawiedliwienie, alibi i zarazem afirmacja status qou. Urząd woli trzymać się literalnego rozumienia przepisów, a nie ducha prawa i nie będzie wojował z deweloperami. Nikt nie będzie podejmował ryzyka.  Czy strażnicy miejscy, noszący miano ekopatrolu, powinni być rozgrzeszani z nieznajomości przepisów? Mnie udało się usłyszeć od funkcjonariusza, że „wycinka w okresie lęgowym zależy od tego, kto jest właścicielem działki”. Skąd on to wziął? W jakim celu powtarza? Co jeśli powtarza to w dziesiątkach podobnych sytuacji? Dramat. A tak w ogóle, czy nie można w straży miejskiej wdrożyć procedur rodem z call center przyjmujących reklamacje i zgłoszenia od klientów? Nadajemy sprawie numer i kategorie, wiemy jaki nadano jej bieg i co dalej się dzieje. Kontrola i transparentność wymuszające działanie. Znika urzędniczy chaos, studnia bez dna.

Gmina sprzedaje działki deweloperom i w nikłym stopniu nadzoruje to, co dalej się na  terenie dzieje, choć zakres oddziaływania inwestycji wykracza poza granice działki. Urząd raczej bagatelizuje zgłoszenia od mieszkańców. Owszem, jest ich mnóstwo, głównie drobnych. Ale to bagatelizowanie nie znika w powietrzu jak kamfora. Ono pozostawia skutki: malejące zaufanie społeczne i ufność w struktury, które powinny wspierać lokalną społeczność.

Co można zrobić? Nie chowajmy  głowy w piasek i nazywajmy rzeczy po imieniu. Rzetelny i uczciwy opis pozwala podjąć trafne decyzje i obrać kierunki działania. Miasto się rozrasta kosztem terenów zielonych. Bez zieleni i bioróżnorodności nie zapewnimy mieszkańcom znośnej jakości życia i na pewno nie poradzimy sobie z wyzwaniami klimatycznymi. Mamy fatalne prawo, niespójne i dające pole do nadużyć. Wyobraźmy sobie, że strona w procesie cywilnym zamawia sobie ekspertyzę sądową i wyręcza w tym sędziego. A tak jest w przypadku relacji inwestor – ornitolog. To absurd. Mamy niekompetentną kadrę urzędniczą. Jej udziałem są zaniechania, asekuranctwo, paraliżująca działanie rutynowość.  Wszystko, co w przedstawionej powyżej sytuacji się wydarzyło, może się wielokrotnie powtórzyć.

Prawo musi być spójne i mądre, a jego egzekucja nieuchronna. To buduje zaufanie do aparatu państwa i jego operatywności. Przypadek opisany powyżej pokazuje, ile jest do zrobienia. Gdy państwo się ośmiesza  i jest powodem frustracji, obywatel nie chce się z takim państwem utożsamiać. Więc koniec końców nie chodzi tylko o jakieś ptaki, jakieś drzewa i jakiegoś dewelopera.